piątek, 11 październik 2019 21:02

W nastroju defetyzmu

Napisał

Struktura wszystkich ziemskich społeczeństw opiera się na dość prostym modelu, który można opisać przez analogię stada i jego pasterzy. Większość ludzi z różnych powodów, w zależności od predyspozycji, wykształcenia, stanu, po zwykłą wygodę, woli nie angażować się w tak zwaną wielką politykę. Prosty obywatel chętnie udziela swojej legitymacji takiej, czy innej władzy, bo ma ona zwolnić go z zajmowania się sprawami, na których zazwyczaj mało się zna. I dobrze, bo do czego może ostatecznie zaprowadzić nas kierownictwo sprawowane przez laików.

 Przypuszczalnie, gdyby tylko zechciano dać obywatelowi X święty spokój, to znaczy, gdyby pozostawiono go całkowicie poza zasięgiem elektronicznej indoktrynacji, tzw. prawami człowieka, obowiązkami obywatelskimi czy innymi przykazaniami oświeceniowego sacrum, prawdopodobnie niewiele obchodziłoby go, czy ta władza ma charakter demokratyczny, czy autorytarny, czy będzie trwała cztery lata, czy też do śmierci suwerena. Interesuje go jedynie, by zapewniła mu ona spokojne życie, bezpieczeństwo i dobrobyt oraz nie ingerowała w jego prywatne sprawy ponad to, co powszechnie uznaje on za konieczność. Cała wojna ideologiczna, kulturowa czy polityczna, z którą obecnie mamy do czynienia toczy się tak naprawdę ponad głowami zwykłych obywateli. Rozpętują ją ludzie zaangażowani w politykę, ideolodzy czy finansujące to wszystko prywatne instytucje, zwykle o aspiracjach kolonialnych. Szary człowiek jest w ten konflikt co najwyżej sztucznie angażowany, werbowany – przy pomocy perswazji, szantażu, czy jakiejś innej formy politycznej manipulacji. Tłum traktowany jest przez każdą frakcję polityczną, zwłaszcza w systemie demokratycznym, zawsze instrumentalnie, służy nie bez zdania racji, jako najskuteczniejsza broń.

Ponieważ politycznemu współzawodnictwu towarzyszy nieodrodnie prawie niczym nie skrępowany, eskalujący wyścig zbrojeń, z dnia na dzień stajemy się społeczeństwem coraz głębiej podzielonym, patrzącym na siebie z coraz większą, sztucznie podgrzewaną wrogością. O ile dawna chrześcijańska cywilizacja zakładała cugle na nasze indywidualne czy też kolektywne zachowania, liberalna demokracja, dla której wolność, przynajmniej teoretycznie, stanowi wartość absolutną, nie tylko na wiele przyzwala, ale wręcz otacza to coraz dziksze widowisko swoistym kultem, nazywając je uparcie polityczną debatą. W krótkim czasie całe społeczeństwo bierze udział w czymś, co przez chwilę tylko przypominało wymianę poglądów, obecnie zaś przekształca się w prawdziwą krwawą jatkę.

Kulturę tego sporu, wbrew najbardziej donośnej propagandzie, psuje przede wszystkim strona oświecona, która ma w tym wielkie doświadczenie i cel. Agresja wpisana była od początku w jej metody zwalczania wrogów. Wyrzekłszy się staromodnych skrupułów, akolita postępu nie uznaje konwenansów, objawiając w ten sposób całemu światu, że zerwał z przestarzałym zakłamaniem. Oprócz tego, jako wykwalifikowany pyszałek, uznaje swoje oświecone koncepcje za tak przewyższające wszystko czego nienawidzi, że nie waha się uznać ich godnymi każdej metody. Jest motorem pożądanej przez niego permanentnej rebelii.

Drobny, indywidualny wyborca, i tak już słabo zorientowany w tak specjalistycznym temacie, jak zarządzanie wielkim państwem, zostaje w tych warunkach skazany na czysty emocjonalizm. Jego pojedynczy głos, zgodnie z tym, co twierdzą propagandyści – jest bardzo cenny na tyle, że wkłada się bardzo wiele wysiłku nad doskonaleniem metod jego pozyskiwania. Gdy metoda na wabia przestała być skuteczna, politycy coraz chętniej sięgają po perswazję negatywną, szczucie i zastraszanie. Pół biedy, że jedyny komunikat polityczny, którym bombardowany jest niemal codziennie Kowalski ma charakter czysto negatywny, czyli, przede wszystkim, zawiera informację o tym, kogo na pewno nie może on wybrać. Gorsza sprawa, że coraz częściej propaganda ta odwołuje się do najprostszych instynktów. Nie krytykuje się już poszczególnych programów i koncepcji ideologicznych, starając się uzasadnić racjonalnie swoje stanowisko, ale raczej piętnuje się, szufladkuje i poprzez negatywne porównania i obrazy koduje karykaturalny wizerunek samego przeciwnika, wyzwalając w ten behawioralny sposób dzikie anty-emocje, motywując do międzyplemiennego zdzierania skalpów. Korzyść jest taka, że pozyskany w ten sposób najemnik wykona swoje zadanie całkiem dobrowolnie i nieodpłatnie.

Zachodni demokratyczni wyjadacze, jako akolici ewolucjonizmu społecznego, pouczali młodocianych polskich adeptów systemu - gdy ich entuzjazm w zderzeniu z postpeerelowską rzeczywistością nieco osłabł - że na razie tworzą młodą i rozwijającą się demokrację i stąd wynikają wszelkie polskie problemy. Po latach owego „rozwoju” dochodzimy do punktu, w którym możemy powiedzieć, że polityczna debata ulega dalszej dewaluacji, upada ideowość, a kolejne programy naprawy państwa są wyłącznie wyborczą fasadą. Co gorsza, jest to zjawisko bardziej globalne. Stare demokracje również zdają się tracić swój fason.

Problemem jest tu bowiem sam ustrój demokratyczny, który stanowi środowisko wyjątkowo sprzyjające rozwojowi anomalii. Pomijam tu nawet intencje najniższe, to jest różnego rodzaju pokusy prywatnego czerpania korzyści przez ludzi wyjątkowo podatnych na wykorzystywanie swoich stanowisk. W demokracji wyjątkowo szybko postępuje korozja ideowości, którą szybko zastępuje indyferentyzm i koniunkturalizm partyjny, odchodzenie od szlachetnego pragmatyzmu podejmowanego na rzecz dóbr wyższych, w stronę niskiej, partykularnej logiki przetrwania. Punkt ciężkości programów wyborczych przesuwa się niebezpiecznie w stronę różnego rodzaju populizmu. Nie to jest ich sednem, co ma przynieść realną wartość państwu, ale to, co przysporzy partii maksymalną ilość mandatów i odpowiednio długie utrzymanie się u steru.

Mamy więc na scenie kilka partii. Im większe dane ugrupowanie ma szanse na zwycięstwo, tym bardziej wpisuje się w powyższy schemat. PiS obiecuje coraz wyższe złote góry, każdej liczebniejszej grupie wyborców, Platforma Obywatelska rozpaczliwie skacze z ideologicznego kwiatka na kwiatek, miotając się między centrowym i lewicowym elektoratem, gotowa obiecać wszystkim – wszystko, gejom wolność, kościołowi poparcie. Najgorsze, że mamionych niespełnionymi obietnicami wyborców, zarówno tych konserwatywnych, liberalnych, lewicowych, czy w ogóle nieokreślonych nie zadowala już sama deklartywność. Przetrwanie partii coraz bardziej zależy od wypełnienia obietnic. Zrozumiał to w jakiś sposób PiS, wprowadzając w życie zasiłek 500+, co wyraźnie przyniosło mu długofalowe poparcie. Nie wiadomo jednak, czy z obecnej tendencji cieszyć się, czy płakać. PiS, który obiecuje obecnie, że spełni przyrzeczenia socjalne, w których rzucaniu wydaje się zatracać umiar i zdrowy rozsądek, staje się realnym zagrożeniem nie tyle dla klasy średniej i drobnej przedsiębiorczości, ile wręcz dla bezpieczeństwa gospodarczego państwa. Tym groźniejsze jest to zjawisko, gdy zrozumie się, że naczelny dogmat PiS, który ma charakter geopolityczny, wbrew oczekiwaniom wyborców nie zabezpiecza nas przed kolonizacją wielkich korporacji, a wręcz przeciwnie, obdarowuje je szczególnymi przywilejami. Wszystko to w ramach dobrych sojuszniczych relacji. W kolejce po preferencje ustawiają się teraz amerykańskie molochy, dla których wiele polskich przedsiębiorstw stanowi ciągle niewygodną konkurencję. W najlepszym razie te z nich, które się utrzymają, posłużą nowej anglosaskiej Kompanii (w tym wypadku Wschodnio-Europejskiej) za wykorzystywanych podwykonawców. Podwyższaniu opłat ZUS, utrzymywaniu podatków, towarzyszy obecnie obietnica podwyższenia płacy minimalnej. Ciężar tych podwyżek spada na plecy właścicieli drobnych przedsiębiorstw, a dla zwolnionych z wielu opłat bogatych korporacji, nie jest on nawet zauważalny.

Wiele pisaliśmy o polityce obecnie rządzących. Niektóre dokonania PiS być może są pozytywne, ale co z tego, gdy partia ta, opierając się na swoich zupełnie naiwnych, emocjonalnych, koncepcjach jednobiegunowej polityki międzynarodowej, czyni terytorium naszego kraju z dnia na dzień modelem kolonialnym, a co gorsza, predestynowanym do tego, by stać się jednym z głównych teatrów działań wojennych potencjalnego, globalnego konfliktu. W najlepszym razie jest to polityka, która narazi nas na międzynarodową śmieszność, gdy dojdzie nagle do dość cyklicznego pojednania Ameryki z jedynym znanym politykom PiS, wrogiem, czyli Rosją. Podkreślić należy, że zarzutem nie jest tu nawet owa antyrosyjskość, ale brak pragmatyzmu, naiwność, mesjanizm, wszystko to, co wpływa na budowanie jednobiegunowego, zideologizowanego modelu polityki zagranicznej. Czy niektóre konserwatywne postulaty tej partii, z których większość akurat nie doczeka się realizacji (zbyt mała jest grupa wyborców, dla której są one ważne?), wystarczą, by Polak-katolik mógł z czystym sercem na nią zagłosować?

Polska scena polityczna przedstawia się dość opłakanie. Preferencji ultraliberalnych i dążeń nowej lewicy, półnagich rozseksualizowanych chamów i dzikusów, łopoczącymi sztandarami postępu i oświecenia, nie warto chyba tutaj znów wspominać. Jedyna frakcja konserwatywna, która mogłaby stanowić pragmatyczną i wyważoną odpowiedź dla dwupartyjnej neosanackiej hegemonii, jest zlepkiem kilku stronnictw, a mimo to jej szanse liczone są niżej niż, powiedzmy, szanse dawnej Ligi Polskich Rodzin. Trzeba dodać, że jest to zlepek dość egzotyczny, mieszanka chwytających się brzytwy endeków, liberałów Korwina i wszelkiego rodzaju tzw. antysystemowców, antyszczepionkowców itp. Jeśli chodzi o tę ostatnią grupę, są to często niezbyt zrównoważone osoby, które główny swój program opierają na różnego typu demontażach i rozwałce tzw. systemu. Nie za bardzo wiadomo, czy, po pierwsze, mają one w ogóle jakiś pozytywny, choćby najbardziej osobliwy, pomysł na Polskę, a po drugie, czy posiadają jakiekolwiek kompetencje poza dyplomem zawodowego rewolucjonisty.

Nawet jeśli konserwatywny wyborca zdecydowany jest zagłosować na Konfederację jako na kolejne jeszcze mniejsze zło, powstaje pytanie: czy nie będzie to głos zmarnowany? No ale co zrobić – taki mamy klimat! Niejednego szarego wyborcę, pragnącego jak zwykle powierzyć mandat którejś z partii, by w spokoju oddać się poważniejszym dla niego zajęciom, trapią obecnie znacznie gorsze podejrzenia, mianowicie, czy obecne wybory nie przypominają śmiertelnej gry w rosyjską ruletkę pistoletem, którego lufa przyłożona jest do skroni naszej steranej ojczyzny, z tą jedną różnicą, że cały jego magazynek napakowany jest kulami. Obojętnie, jak nie zakręcisz bębenkiem, padnie śmiertelny strzał.

 

cd w numerze

przycisk

Wyświetlony 34 razy
Więcej w tej kategorii: « Diagnostyka społeczno-polityczna
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.