sobota, 08 luty 2020 23:03

Globalny killer. Ameryka zabija kolejnego wroga

Napisał

Po północy w piątek 3 stycznia 2020 roku Airbus A320 z Damaszku wylądował z dwugodzinnym opóźnieniem w Bagdadzie. Panowały jeszcze ciemności, gdy z lotniska wyjechały dwa samochody. W asyście ochrony jechali w nich ważni goście premiera Iraku, Adil Abdul-Mahdiego, który oczekiwał informacji, jakie jest stanowisko Teheranu wobec propozycji Arabii Saudyjskiej dotyczących zmniejszenia poziomu konfliktu w regionie.

Amerykanie też już na nich czekali. Przy wyjeździe z lotniska w powietrzu unosiły się cicho trzy amerykańskie bezzałogowe samolotu typu Reaper. Każdy wyposażony w 4 rakiety typu powietrze-ziemia, o złowieszczej nazwie „Piekielny ogień” ("Hellfire"), oczekiwały zbliżenia się obiektu ataku na odpowiednią odległość. Minivan z ochroną jechał z przodu, za nim sedan, a w nim Kasem Sulejmani  – generał sił specjalnych Iranu. Pasażerowie nie wiedzieli o tym, ale ich życie zaczęło się już liczyć w sekundach. Specjaliści od IT w puncie dowodzenia już identyfikowali ich komórki. W dowództwie wojsk amerykańskich na Bliskim Wschodzie w Katarze nie było wątpliwości, że to jest ten, kogo zamierzano „wyeliminować”. Przy wyjeździe z lotniska nastąpił atak rakietowy z powietrza, oba samochody zostały ostrzelane serią rakiet „Piekielnego ognia". Salwa czterech rakiet trafiła precyzyjnie w cel, samochody przewróciły się i zamieniły w kule ognia, ciała ofiar, porozrzucane wokół, także płonęły.

Za samochodami gości od lotniska w kilku wozach podążali amerykańscy komandosi, trzymając się w odległości kilkuset metrów. Po ataku podjechali do palącego się wraku i przeprowadzili fachową „ocenę szkód uderzenia bombowego". Sprawdzili, czy cel ataku, irański generał Kasem Sulejmani nie żyje. Ogień rakietowy był godzien swej nazwy – zwłoki były porozrywane, kończyny pourywane, części ciała leżały osobno. Amerykanie odciągnęli resztki generała, ugasili ogień i dla pewności, że właściwa osoba została zabita, udokumentowali zamach – zrobiono zdjęcia, pobrano próbki DNA. Zdjęcia pokazują, co generał miał ze sobą. Oczywiście pistolet, poza tym karabin, ale też tomik perskiej poezji religijnej. Znaleziono też jego telefon, który zabrano do analizy połączeń. Razem z generałem zginęło 10 osób, nikt nie przeżył salwy z dronów. Za oceanem, w Ameryce, zamach oglądało się na ekranach kilka osób, m.in. szefowa CIA Gina Haspel w Langley, minister obrony Mark Esper.

Do tego skrytobójstwa doprowadziło wiele dziesiątków lat konfliktu z Iranem. Irackie milicje szyickie zwykle powstrzymywały się od bezpośrednich ataków na Amerykanów. Wiedzieli bowiem, że podobnie jak za czasów ewangelicznych, życie obywateli rzymskich, a teraz amerykańskich, liczy się zupełnie inaczej niż lokalnych mieszkańców. Ale na wojnie, jak to na wojnie. W grudniu atak rakietowy niezidentyfikowanej grupy na jedną z irackich baz USA spowodował śmierć cywilnego pracownika. Odpowiedź była twarda – „obronny atak” US Air Force zabił 25 szyitów z formacji lokalnych milicji, którym Amerykanie przypisali zamach. Wydawałoby się, że imperialnej sprawiedliwości stało się zadość: 25 muzułmanów za jednego Amerykanina. Jednak nie. Gdy z tego powodu pod amerykańską ambasadą w Bejrucie wybuchły gwałtowne demonstracje, prezydent Trump zwołał naradę najważniejszych osób. Na Florydzie, w luksusowej rezydencji Mar-a-Lago, gdzie jest także schron, umożliwiający ściśle tajne spotkania, spotkała się wojskowa wierchuszka: Pompeo z Departamentu Stanu (kiedyś CIA), Esper z Pentagonu i Milley, dowódca sztabu. Przedstawili Trumpowi możliwości uderzenia na Iran. Zamach na Sulejmaniego był przedstawiony już 7 miesięcy wcześniej jako „opcja ekstremalna", która zwykle ma uczynić inne łagodniejszymi. Jednak Trump wybrał tę wersję odwetu. Uruchomić akcję miała sytuacja, w której na skutek irańskich akcji zginie Amerykanin. I na taki odwet Trump zdecydował się na naradzie w swojej luksusowej rezydencji.

Wojownik i strateg, męczennik

Kasem Sulejmani dzięki odwadze i danym mu przez Boga talentom zrobił wielką karierę w irańskim wojsku. Pochodził z chłopskiej rodziny, pogrążonej w długach za czasów szacha Rezy Pahlawiego, ukończył zaledwie pięć klas i poszedł pracować na budowie, żeby długi te spłacić. Po rewolucji islamskiej 1979 r. zaciągnął się w siłach zbrojnych ajatollahów, w korpusie Strażników Islamskiej Rewolucji, formacji elitarnej, podległej bezpośrednio samemu przywódcy religijnemu, sprawującemu w Iranie najwyższą władzę. Walkę na froncie zaczął już w 1980 r. gdy ówczesny sojusznik Amerykanów – Saddam Husejn (później publicznie przez nich powieszony) napadł na Iran. Ta wojna, w której zginęło setki tysięcy żołnierzy, była dla niego chrztem bojowym. Wykazywał się odwagą nie tylko na froncie, ale wdzierał się na tyły wroga, przeprowadzał tam zaskakujące operacje, które później wspominał jako „pamiętne", gdyż były trudne, ale zakończyły się sukcesem. Także na tyłach wroga szukał sojuszników, jak to było z Kurdami już w czasie wojny z Irakiem.

Został dowódcą wojskowym, a w 1998 r. szefem elitarnej jednostki Strażników Rewolucji, o symbolicznej nazwie „Kuds", który w perskim oznacza Jerozolimę, święte miasto islamu. Ta formacja w sile 200 tysięcy ludzi ma na celu eksport rewolucji szyickiej na Bliskim Wschodzie, a w końcu wyzwolenie terenów Palestyny i Izraela od „syjonistycznego reżimu". Zyskała ona wtedy na znaczeniu i sile. Było to połączenie wywiadu wojskowego i jednostek dywersyjnych, działających poza granicami Iranu, także na terenie wroga.

Sulejmani był człowiekiem strategicznego myślenia i działania, konstruowania koalicji ponad regionalnymi uwarunkowaniami, twórcą regionalnej potęgi Iranu. To on pokonał Państwo Islamskie, a wizytą w Rosji w 2015 r. i spotkaniem z prezydentem Putinem odwrócił upadek Syrii, która już znikała pod ciosami sunnickich sił demokratycznej opozycji, Kurdów wspieranych przez Amerykę oraz wojsk Al Kaidy, Państwa Islamskiego i innych sunnickich organizacji, zasilanych z naftowych skarbców Zatoki Perskiej. Rosyjskie lotnictwo i siły specjalne z powietrza, a na lądzie irańscy Strażnicy Rewolucji, lokalne milicje szyickie, w tym Hezbollah z Libanu, i wojska Asada odwróciły losy wojny. A niewiele brakowało – ponad 95 % Syrii było już zajętych przez rebeliantów, a na Damaszek prawie co dzień spadały rakiety.

Był pragmatykiem politycznym, gotowym współpracować z każdym, kto nie chciał go zniszczyć. Współpracę z Ameryką w sprawach Afganistanu i Talibów rozwijała się dobrze, dopóki w 2002 George W. Bush nie uznał Iranu za składnik „Osi zła” razem z Koreą Północną i Irakiem, który został napadnięty zaledwie rok później.

Generał Sulejmani już za życia był określany jako „żyjący męczennik", jego poświęcenie i aktywność były doceniane nawet przez wrogów, nawet takich jak G.W. Bush czy Izrael, gdyż cofnęły się one przed skrytobójstwem, choć miały ponoć takie możliwości.

Nie dożył pełnych 63 lat życia, ginąc 3 stycznia z ręki, a raczej z joysticka, amerykańskiego „pilota", operującego gdzieś z Kataru, Arizony czy innej pustynnej bazy, skąd sterowane są drony. Ale kult męczenników jest fundamentem duchowym wspólnoty, a Trump zbudował generałowi Sulejmaniemu pomnik bardziej trwały niż ze spiżu. Na jego pogrzebie Najwyższy Przywódca zapłakał publicznie, choć nigdy swemu ludowi nie okazywał emocji. A uroczystości zgromadziły największe w historii tłumy, liczniejsze niż ajatollaha Chomeiniego w 1989 r.

Trump zbudował generałowi Sulejmaniemu pomnik bardziej trwały niż ze spiżu. Na jego pogrzebie Najwyższy Przywódca zapłakał publicznie, choć nigdy swemu ludowi nie okazywał emocji. A uroczystości zgromadziły największe w historii tłumy, liczniejsze niż ajatollaha Chomeiniego w 1989 r.

 

Cd w Numerze

przycisk

 
 
Wyświetlony 1155 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.