wtorek, 21 grudzień 2010 13:20

Obywatele Europy

Napisane przez

Czytam zachwyty nad wspólną Europą. Na przykład z wojaży po Starym Kontynencie. Podróżnik z uniesieniem relacjonuje, jak to je-chał z Niemiec przez Austrię do Włoch. Nie dostrzegł żadnych gra-nic z celnikami, szlabanami, zasiekami, żadnych odpraw celnych i paszportowych, nigdzie żywego ducha. Drogowskazy nie informowały go, że tu oto jest granica niemiecko-austriacka czy austriacko-włoska i właśnie przekracza jedną czy drugą, a tylko o tym, jak jechać z Monachium do Salzburga, a z Salzburga do Udine. Nie musiał troszczyć się o wymianę złotówek na marki, szylingi czy liry, zresztą nikt go nie pytał o pieniądze, bo płacił kartą jednego z naszych banków.

 
A jakie wnioski nasz podróżny wyciąga? Oprócz zrozumiałej radości, że może swobodnie i bez administracyjnej mitręgi poruszać się po rozmaitych państwach, tak samo swobodnie jak w granicach Polski, na śmieci wyrzuca wszelką tradycję narodową. Uważa mianowicie, że po co komu takie głupstwa, jak wiedza o tym, że Monachium leży w Niemczech, Salzburg w Austrii, a Udine we Włoszech, a przedzielone są one granicami państwowymi. Ważne, że można między nimi podróżować, jakby znajdowały się w jednym kraju. No i pyta, po co były rozmaite wojny i przelewanie krwi w obronie granic lub - odwrotnie - w zdobywaniu terytoriów, na czym opiewający te boje pisarze i poeci dorabiali się pieniędzy, bohaterowie tych walk zaś nimbu bohaterów, pomników i kilogramów orderów, medali i odznaczeń? Konsekwentnie więc - po jaką cholerę wtłaczać młodzieży w szkołach do głów patriotyczne i narodowe fobie, sławić w pieśniach, że zdobyliśmy jakieś ziemie, a innych nie oddamy?
Najkrócej można by odpowiedzieć, że po to właśnie tylu ludzi walczyło i przelewało krew w obronie granic, po to czczono bohaterów, obdarzając ich medalami i pomnikami, po to ich czyny opiewali poeci i pisarze, żeby teraz można było spokojnie jeździć po całym kontynencie jak po swoim podwórku, nie widząc granic.
Ale przez wielu naszych Obywateli Europy, z nuworyszowskim uniesieniem radujących się z faktu, że oto stała się ona jednym wielkim podwórkiem, taka odpowiedź może zostać potraktowana jako ględzenie. Sięgnijmy więc do bardziej rzeczowych argumentów.
 
Buduje się od fundamentów
 
Idea jedności Europy nie jest wynalazkiem naszego pokolenia. Pierwszą taką próbę podjęło Imperium Rzymskie. Fundamentem tej jedności miał być właśnie Rzym z jego ideologią, kulturą i obyczajowością. Upadł.
Druga próba to państwo Karola Wielkiego (768-814), który będąc władcą Królestwa Franków, koronował się w roku 800 na cesarza rzymskiego. Jego wizja była już wypracowana. Stworzenie państwa uniwersalnego (tj. w ówczesnym rozumieniu europejskiego) ogarniającego rozmaite ludy kontynentu. Zwierzchnią świecką władzę państwową miał sprawować cesarz, duchową zaś - papież. Chrześcijaństwo miało być czynnikiem jednoczącym rozmaite etnicznie, językowo i obyczajowo plemiona i ludy.
Po jego śmierci stworzone przezeń imperium rozpadło się. Przetrwała wizja uniwersalności (jedności) Europy, ale w szczątkowej formie Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Wprawdzie rościło ono sobie pretensję do władztwa nad innymi ludami, ale rozwój państw dynastycznych wizję tę, a tym bardziej praktykę, sprowadził właściwie do zera. Tym bardziej że państwa dynastyczne zaczęły zmieniać się w państwa narodowe. Joanna d'Arc podniosła sztandar, by wyżenąć Anglików za Kanał La Manche i zjednoczyć Francuzów, Burgundczyków i Prowansalczyków, mówiących tym samym lub podobnym językiem, w jednym państwie, nie powiodło się Skandynawom stworzenie Unii Kalmarskiej, łączącej Szwedów, Norwegów i Duńczyków - każdy z krajów pragnął rządzić się sam (jedynie do dziś z tamtych czasów w godle Szwecji pozostały trzy korony), na Półwyspie Iberyjskim zjednoczyły się różne etnicznie i językowo Kastylia i Katalonia w Hiszpanię, natomiast po krótkim z nią związku (1580-1640) Portugalia na dobre odseparowała się od Hiszpanii. Do unii z Litwą Polska rozwijała się jako państwo narodowe. Podobne procesy zachodziły na całym kontynencie.
Najpierw bowiem rozmaite, wojujące z sobą o ziemię i bydło, mówiące tym samym językiem, plemiona muszą pojąć, że są ze sobą spokrewnione i połączyć się w jedno państwo oraz stworzyć jeden naród. Ta jedność narodowa buduje ich osobowość i tożsamość. Nawet gdy, jak w przypadku Rzeczypospolitej po unii, wchodzą w skład państwa rozmaite etnicznie narody. Wtedy cementuje je panująca dynastia. Wytwarza się wówczas wspólnota geograficzna, polityczna, historyczna, obyczajowa, która w przyszłości plonuje tradycją. Tradycja zaś, poczucie wspólnoty i jedności losów historycznych konstytuuje naród i pozwala mu być sobą.
Do tej tradycji należą pieśni patriotyczne, eposy, pomniki, ordery i medale. Bez nich nie byłoby narodu - byłaby tylko ludzka mierzwa. Na mierzwie nikt nigdy nie zbudowałby żadnej Unii Europejskiej, bo nie byłoby poczucia własnej osobowości ani tradycji wspólnoty kontynentu składającej się przecież nie z mierzwy, lecz ze świadomych swojego pochodzenia, języka i kultury ludzi, wnoszących do owej kontynentalnej jedności własne wartości. Nie ma Redarów, Wieletów i innych plemion Słowian połabskich, nie ma Prusów, zanglicyzowani są Walijczycy, Retoromanie w Szwajcarii to niewielka grupka. Wszystkie te plemiona i ludy albo wyginęły, albo wtopiły się w inne, ponieważ nigdy nie osiągnęły etapu własnego narodu i państwa.
Naturalnie, rozmaite narody i państwa Europy walczyły ze sobą o granice, w obronie granic, o mniejsze czy większe skrawki ziemi. Niech Obywatele Europy przeprowadzą ćwiczenie myślowe. Jeśli sąsiad wtargnie do naszego mieszkania, staramy się go wyrzucić. Bronimy swoich "granic". Później żona i dzieci dziękują za obronę. To takie "pomniki" i "medale". Naturalnie, lepiej, gdy mieszkańcy bloku żyją ze sobą zgodnie i współdziałają. Mogę dobrze żyć z sąsiadami: państwem X, Y, Z, ale wiem, która z tych rodzin w jakim "państwie" mieszka, czyli pod jakim numerem mieszkania. Wiem i to, że każda ma swoje własne obyczaje, własny, rodzinny język. Jeśli dobrze ze sobą żyjemy, to dlatego, że szanujemy swoją różnorodność. Z tej blokowej wspólnoty wyłączeni są rozmaici menele. Bo są to ludzie bez właściwości.
Podobnie było i z rozmaitymi wojnami. Była to obrona własnych progów lub - odwrotnie - chęć powiększenia swojego "mieszkania" choćby i brutalną siłą. Należało więc godzić się na gwałt? Później powstawały na tym tle patriotyczne pieśni, eposy, pomniki, podręczniki, w których sławiono bohaterów, kuto na ich cześć medale. To też spajało naród i państwo, tworzyło tradycję. To był fundament, na którym dopiero można było mówić o jedności Europy.
Warto i to przypomnieć, że zjednoczyć kontynent chcieli Hitler i Stalin. Też można byłoby swobodnie podróżować z Monachium, przez Salzburg do Udine (acz prędzej po rozsianych na kontynencie lagrach i łagrach). Wojny w obronie granic i patriotyczne fobie sprawiły, że ich wizje Europy nie sprawdziły się. 
 
Wojna partykularnych interesów
 
Jeśli zawiązuje się jakieś stowarzyszenie i chcę do niego wstąpić, pytają mnie: - a co ty do niego wniesiesz?
Kiedy czyta się angielskie, francuskie, włoskie, hiszpańskie powieści współczesne, ogląda ich filmy czy seriale telewizyjne, widać, że nafaszerowane są one dumą z własnych tradycji, dziejów, sławi się w nich obronę granic i bohaterów, którzy w wojnach o granice przelewali krew. Nikt tam nie twierdzi, że na cholerę było zdobywać kiedyś jakiś kawałek ziemi, jeśli dziś tam mogę sobie jeździć jak po własnym podwórku. Przeciwnie, każdy naród chwali się swoimi zdobyczami i herosami. W ogóle chwali się swoim dorobkiem kulturalnym czy artystycznym, głośno wołając: to nasz!
Przyjemnie podróżować po wspólnej Europie bez paszportów, ceł, granic. Tak być powinno. Ale tak jest na poziomie turystów czy biznesmenów.
Nadal bowiem istnieje dalekie od wspólnotowego spojrzenie na Europę na poziomie państw. Wystarczy czytać gazety codzienne, oglądać programy informacyjne w telewizji czy radio. Wtedy nagle pojawiają się granice. Francja broni swojego rolnictwa jak niepodległości, Włosi bronią się przed zalewem hiszpańskich win, są wojny o narodowe rybołówstwo, możliwość upchnięcia u sąsiada własnych wyrobów przemysłowych przy obronie swojego rynku przed wyrobami sąsiada. Naturalnie, nie wyjeżdżają czołgi, dywizje nie wymaszerowują, nie startują samoloty bojowe. Ale na rzekomo nieistniejących granicach pojawiają się szlabany i celnicy. Na zwykłych podróżnych rzeczywiście nawet nie spojrzą, ale do dna patroszą tiry, a okręty straży przybrzeżnej odprowadzają pod działami podejrzane statki do surowej kontroli celnej.
W dodatku trwa cicha walka. Owszem, wspólna Europa, ale kto w niej ma być najważniejszy? Francja? Niemcy? Dominacji jednych czy drugich nie zniosłaby Wielka Brytania. Włochy i Hiszpania twierdzą, że nie są gorsze... Wspólna Europa równych. Ale każdy chciałby być równiejszy i walczy o to. A przynajmniej o ochronę własnych, państwowych interesów.
W związku z podpisaniem przez Polskę kontraktu gazowego z Norwegią na przełomie sierpnia i września 2001 r. podniosły się głosy, że jest on niekorzystny finansowo dla Polski. Przypomnę, że kontrakt z Rosją też jest na zasadzie "bierz i płać". A zresztą zawsze dwóch dostawców to korzystniejsza sytuacja, niż jeden. Oprócz pieniędzy liczy się jeszcze bezcenne bezpieczeństwo państwa. To jest wartość wyższa nad złotówki. Wiedzą o tym dobrze państwa Unii Europejskiej należące do tej wspólnoty, ale chroniące swoje własne bezpieczeństwo.
Winston Churchill, wychodząc z jakiegoś posiedzenia, odruchowo podał płaszcz swojemu sekretarzowi. Gdy ten, zażenowany, zaczął bąkać: "ależ, panie premierze...", Churchill ofuknął go: "Tylko synowie lokai wstydzą się podawać płaszcz". Czyżby nasi Obywatele Europy uważali się za lokajskich synów, wstydząc się dbać o bezpieczeństwo własnego kraju, bo co na to UE?
Gdyby jedność Europy miała się realizować tylko na poziomie swobodnych podróży bez paszportów, ceł, straży granicznych i tablic informujących, że tu kończy się jedno państwo a zaczyna drugie - byłoby idealnie. Gdyby byłby to tylko wspólny rynek gospodarczy i wolność przemieszczania się, to nie trzeba by było robić Unii Europejskiej.
Dla rzeczywistej wspólnoty potrzebna jest idea. Przypomnę więc, że na początku fundamentem jedności Europy była tradycja chrześcijańska. To politycy chadeccy byli ojcami-założycielami obecnej Unii Europejskiej. Lewica (komuniści i socjaldemokraci) bili na trwogę, że Europa ma być podporządkowana Watykanowi! Lecz tradycja jest nadal szanowana. Turcja kołacze od lat do drzwi wspólnoty europejskiej i ciągle zastaje je zamknięte. Wprawdzie dziś zwłaszcza nie wypada o tym głośno mówić, ale dlatego, że nie jest to państwo o tradycji chrześcijańskiej.
Wyważanie otwartych drzwi
Jeszcze w końcu lat 60. wyskoczyłem sobie promem z Danii do Szwecji na kilka dni. Zwyczajnie na przystani w Kopenhadze kupiłem bilet, wsiadłem na statek i po godzinie byłem w Malmö. Nikt nigdzie nie pytał mnie o paszport, a szwedzcy policjanci byli jedynie po to, by sprawnie i szybko samochody zjeżdżały z promu. No i przypominali o zasadach ruchu, bo w Szwecji panował wtedy lewostronny. Gdy po zwiedzaniu miasta zaszedłem do restauracji i okazało się, że nie mam szwedzkiej waluty, kelner powiedział, że żaden problem i błyskawicznie przeliczył korony duńskie na szwedzkie. A byłem wtedy zza "żelaznej kurtyny". No więc cóż jest nowego po prawie czterdziestu latach?
Fakt, że można swobodnie podróżować po Europie bez ciągłych, uciążliwych kontroli granicznych, nadal stanowi powód do zdumienia i uciechy. A przecież tak było całe wieki. Syn magnacki, jak chciał studiować w Padwie albo w Paryżu, to siadał do karety i jechał. Ot, tak zwyczajnie. Szlachetka, jak zebrał parę groszy, to pielgrzymował do Santiago de Compostella i nikt go nie pytał o paszport, nie zatrzymywał na granicy, celnicy nie przetrząsali mu mieszka. Mieszczański kupiec ładował na wozy swój towar i jechał tam, gdzie chciał go sprzedać.
Dopiero XIX wiek wynalazł paszporty, granice, kontrole osobiste. Ale i wtedy jeszcze było swobodnie. Inaczej pan Fileas Fogg nie zaproponowałby zakładu, że objedzie świat w 80 dni, bo wiedziałby by, że na granicach straci nie wiadomo ile czasu. Jest w tej powieści Juliusza Verne'a znamienny fragment:
- Jadę, panowie - rzekł do nich. - Biorę ze sobą paszport - wizy na nim będą świadczyły po moim powrocie, jakie kraje przebyłem.
- Ależ, panie - zaprotestował z wielką uprzejmością pan Ralph - to całkiem zbyteczne. Pańskie słowo wystarczy nam aż nadto.
XIX-wieczny podróżny wsiadał do dyliżansu albo do pociągu i jechał. Do Paryża, Berlina, Brukseli, do Monachium, Salzburga, Udine. Żeby zwiedzić, zamieszkać, bo klimat mu odpowiadał, albo w interesach. Wystarczy poczytać trochę klasyki.
Radość z tego, że po ponad stu latach wracamy do normalności. Tyle że wówczas ci swobodnie kursujący po całej Europie podróżni nie wyrzekali się swoich bohaterów narodowych, patriotyzmu, tradycji, a w razie potrzeby gotowi byli bronić granic swojej ojczyzny, bo tego wymagało elementarne poczucie honoru i obowiązek wobec własnego kraju.
A tak nawiasem: Unia Europejska też ma swoje granice zewnętrzne, których stara się dobrze pilnować. Jeśli zaś pojawiają się pomysły ponadnarodowych europejskich sił zbrojnych, to nie po to, by Hiszpania rzuciła się na Włochy, Niemcy na Belgię czy Wielka Brytania na Danię, ale... no właśnie, po co?  
Marek Arpad Kowalski
Wyświetlony 7197 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.