niedziela, 30 maj 2010 10:00

Zastrzeżony autorytet

Napisał

Lustracja wzbudza zrozumiałe emocje w środowisku nauczycieli akademickich. Ta zrozumiałość wynika, nie tyle z ich często biernej postawy w dniach próby stanu wojennego oraz wcześniejszej mniej lub bardziej aktywnej współpracy w kształtowaniu systemu nauczania na wyższych uczelniach, lecz raczej z naukowego zainteresowania własnym przedmiotem badań będącym zwykle dość daleko od sporów politycznych. Tak pojęta niezależność naukowa wielu jej przedstawicielom przynosiła uznanie i wyrazy społecznego poparcia. Zwykle jednak w chwilach krytycznych dla polskiego państwa potrafili oni znaleźć właściwe swoje miejsce. Przykładem nich będzie stanowisko rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. dr Alfreda Jahna w czasie pamiętnych dni studenckich strajków w marcu 1968 roku oraz wielu jemu podobnych uczonych nawiązujących do tradycji II RP.

 

Językoznawca
Profesor Jan Miodek należy do tej grupy uczonych, która potrafi popularyzować swoje osiągnięcia. Jego miły, łagodny głos, radość z możliwości wyjaśniania zawiłych praw polskiej gramatyki, pisowni i wymowy oraz szacunek, jaki okazywał każdemu ze swoich rozmówców i dyskutantów, zjednywały mu rzesze zwolenników, słuchaczy, telewidzów i czytelników jego licznych książek na ten temat. Ponieważ polska mowa jest coraz bardziej zachwaszczona, działalność profesora zyskiwała uznanie prawie we wszystkich środowiskach nie tylko Wrocławia. Pochodzący z Górnego Śląska profesor cieszy się tam równym powodzeniem, jak na Dolnym Śląsku, a można nawet powiedzieć, że i w całej Polsce. Ze względu na jego osiągnięcia w tej niezwykle ważnej dziedzinie naszej tożsamości narodowej słyszałem nawet głosy Polonii proponujące kandydaturę profesora na Prezydenta RP. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić tak owocnej, potrzebnej i twórczej pracy profesora. Pierwsze odgłosy nadciągających trudności dały o sobie znać, kiedy profesor zaangażował się w referendum europejskim po stronie naszej przynależności do UE, a że zrobił to w programie TVP przeznaczonym na promocję języka polskiego, było to nienaturalne i nieprzyjemne. Jak każdy człowiek, tak i profesor ma swoje poglądy polityczne, które na ogół sympatyzowały, podobnie jak większości kadry naukowej Uniwersytetu Wrocławskiego, obecnie z Platformą Obywatelską, a poprzednio z Unią Wolności. Jest zatem zrozumiałe, że wypowiadał się przeciwko aktualnie obowiązującej ustawie lustracyjnej.
Polskie Radio Wrocław
20 kwietnia br. występujący na antenie Radia Wrocław reżyser Grzegorz Braun powiedział, że znany językoznawca prof. Jan Miodek był współpracownikiem SB. Rzecz charakterystyczna, że oskarżyciel nie przedstawił na to żadnych dowodów. Niemniej potwierdził, że dowody takie są i jeżeli trzeba będzie, to je przedstawi. Od tego momentu narasta burza w środkach masowego przekazu. Pojawia się lawina protestów. Pisze je sam zainteresowany, piszą je czytelnicy i słuchacze audycji profesora, pisze je grono kolegów uczonych z Uniwersytetu Wrocławskiego. Padają zarzuty przeciwko Radiu Wrocław za upowszechnienie tej wiadomości. Przytomnie odpowiada jego dyrektor Paweł Majcher: Nie cenzurujemy wypowiedzi naszych gości. Treść wystąpień niezależnych publicystów nie jest konsultowana z kierownictwem stacji. Nie można mieć zatem pretensji do Polskiego Radia Wrocław, że to właśnie u nas na żywo Grzegorz Braun wysunął oskarżenia w stosunku do prof. Jana Miodka. W dalszej części oświadczenia Majcher zastrzegł, że do programów są i będą zapraszane osoby o różnych poglądach, nawet, jak nie zgadza się z nimi część opinii publicznej. Jest to na razie najbardziej optymistyczna wypowiedź w całej tej sprawie. PR zawiesiło współpracę z Grzegorzem Braunem do czasu wyjaśnienia sprawy jego oskarżeń.

 

Instytut Pamięci Narodowej
Jak każda instytucja na tej ziemi, nie jest ideałem. Wystarczy tu wspomnieć, że obecny szef Wrocławskiego Oddziału IPN prof. Włodzimierz Suleja, a także były szef IPN prof. Leon Kieres i prof. Jan Miodek to pracownicy tego samego Uniwersytetu Wrocławskiego (dawniej im. Bolesława Bieruta). To nie powinno mieć nic do rzeczy, ale tak się akurat składa, że IPN we Wrocławiu nie ma żadnych akt prof. Miodka. Jeżeli jednak on sam stwierdza w swoim oświadczeniu, że podpisywał sprawozdania z podróży zagranicznych dla SB, to takie akta istniały. Również IPN w Warszawie milczy na ten temat. Grzegorz Braun powiedział, że informacje o roli prof. Jana Miodka otrzymał ze zbioru zastrzeżonego i wskazał na prof. Lena Kieresa ? byłego prezesa tego Instytutu ? który nakazał umieszczenie tych akt w zbiorach zastrzeżonych. Pytany o to prof. Leon Kieres odpowiada, jak austriacki urzędnik, że nie będzie się wypowiadał na temat zbiorów zastrzeżonych, bo jest to zabronione. Jest to zbiór dokumentów istotnych dla zachowania bezpieczeństwa państwa i z tego powodu jest on objęty klauzulą najwyższej tajności. Coś jednak musi być na rzeczy, kiedy Grzegorz Braun, niemający żadnego dostępu do tych akt ujawnił dokumenty SB dotyczące prof. Jana Miodka. W całej tej sprawie wydaje się, że akurat ta najbardziej bulwersująca opinię publiczną sprawa prof. Miodka jest wręcz nieistotna. Na tym tle dużo ważniejsze wydają się być zasady sporządzania zbiorów zastrzeżonych. Jeżeli dla obecnego bezpieczeństwa państwa polskiego dokumenty znanego językoznawcy uważa się za zastrzeżone, to musi to budzić poważne zaniepokojenie co do zawartości tego zbioru. Z jednej strony, jeżeli to prawda, co rzecze Grzegorz Braun (a wszystko wskazuje na to, że tak jest) to, zbiór zastrzeżony jest taki tylko z nazwy. Z drugiej strony, jeżeli w zbiorze tym znajdują się akta podobne do tych prof. Jana Miodka, to jest to coś, co powinien opisać i przedstawić mistrz literackiego absurdu Sławomir Mrożek. I z tego punktu widzenia ujawnienie tych akt wydaje się być czynem pozytywnym, podobnie jak ujawnienie Listy Wildsteina.

 

Zastrzeżony autorytet
Jest jakaś prawidłowość w ujawnianiu akt dawnej SB. Tak czy inaczej wielu ważnych i mało ważnych ludzi w kontaktach z tą służbą popełniało mniejsze, większe i karygodne błędy. Nikt o nich nie lubi rozprawiać publicznie, szczególnie w atmosferze stałych poszukiwań tych najbardziej szkodliwych zdrajców i kolaborantów. Osobiście sądzę, że znaczna część kadry naukowej na polskich wyższych uczelniach zachowała się godnie w obliczu konfrontacji z SB. Nieliczni, często pod naciskiem, lekceważyli swoje podpisy, sprawozdania itp. dokumenty, które podpisywali "dla świętego spokoju", stając się częścią tegoż aparatu ścigania i przemocy, a że każdy chce być przed innymi uważany za wzór wszelkich cnót, więc materiały takie dziś się skrzętnie ukrywa. To, że się je ukrywa, można jeszcze z wyżej przytoczonych powodów zrozumieć, ale to, że ukrywa się je w tajnych i zastrzeżonych zbiorach państwowych, jest niedopuszczalne, demoralizujące i niebezpieczne dla rzeczywistej obrony państwa polskiego. Nie można narażać na szwank bezpieczeństwa państwa dla zachowania bezpieczeństwa osobistego. W tej sytuacji wydaje się niezbędna weryfikacja zbiorów zastrzeżonych i usunięcie z nich tak kuriozalnych materiałów, jak te dotyczące prof. Jana Miodka. Jeżeli prof. Jan Miodek jest autorytetem w zakresie językoznawstwa, to takim pozostanie, niezależnie od ujawnionych akt. Jeżeli jednak chce odgrywać rolę moralnego autorytetu, polityka na katedrze uniwersyteckiej, to rola ta nie może być chroniona zbiorem zastrzeżonych dokumentów. Wspomniana prawidłowość ujawnia się tez w tym, że niektórzy koryfeusze wszelkich nauk, polityki i sztuki często sami prowokują podobne wystąpienia jak Grzegorza Brauna, zawzięcie i wszelkimi sposobami zwalczając potrzebę lustracji.

 

Potrzeba lustracji
Przyglądając się kolejnym rewelacjom z dziedziny lustracji poszczególnych autorytetów, choćby tylko z wrocławskiego środowiska elity naukowej i artystycznej, można zauważyć, że im głośniejszy jest sprzeciw, tym większe czekają nas niespodzianki. Ujawnianie pojedynczych spraw, nagłaśnianych na cały kraj, jest bardzo szkodliwe zarówno dla osoby, której dotyczy, jak i dla dalszego prowadzenia lustracji. Rzucanie lustratorom "na pożarcie" poszczególnych wybitnych osobistości na pewno jej nie zahamuje, choć jest przykre czy nawet bolesne. Ujawnienie wszystkich akt (po weryfikacji zbiorów zastrzeżonych) przyczyni się do bardziej sprawiedliwego, jednorazowego aktu sprawiedliwości. Z lustracją jest jak z dentystą, raz usunięty bolący ząb więcej nie dokucza.

 

Adam Maksymowicz
Wyświetlony 1563 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.