niedziela, 30 maj 2010 10:01

Impotencja inteligencji

Napisał

Jak napisać artykuł ośmieszający kogoś nie wprost, ale przy użyciu pozornych pochlebstw? Jak celnie wytknąć komuś wady i słabości pod maską troski i obrony? Nie jest to zadanie łatwe, ale istnieje kilka wypróbowanych sposobów. Po pierwsze, można czyjeś wady przedstawić jako rzekome zalety, czyniąc to z takim ładunkiem śmiertelnej powagi i egzaltacji, że czytelnik dostrzeże, iż przy wypowiadaniu każdej pochwały bezczelnie mrugamy do niego okiem. Po drugie, można w pełnym patosu języku przypisać danej osobie cechy, o których powszechnie wiadomo, że pasują do niej mniej więcej tak, jak rycerska miłość do sutenera. Zamiast więc pisać, że lis to bezczelny chytrusek i złodziej kur, napiszemy, że lisek to znany w obejściu dobroczyńca, dbający bezinteresownie o cudze mienie, a zwłaszcza otaczający troskliwą opieką każdą kurę nioskę. Dla czytelnika będzie to wystarczający sygnał, aby nie traktować przedstawionego opisu dosłownie, lecz raczej jako sugestię, że opisywanej osobie przysługują cechy dokładnie przeciwne od tych, o których mowa.

 

Tego rodzaju zabiegi stosowali mistrzowie bajek ? Ezop, La Fontaine czy Krasicki. Ostatnio dołączył do nich publicysta "Polityki", Jacek Żakowski, który w artykule Rewolta polskich inteligentów ("Dziennik", 05.04.2007) przedstawił zbiorowy portret rodzimej klasy myślącej. Co prawda redaktor nie zastosował formy rymowanej, tak umilającej lekturę, ale pomimo tego niedostatku jego tekst zawiera wszystkie wspomniane wcześniej chwyty. Tak więc inteligenckie wady przedstawione są jako zestaw zalet, dopisano do nich także takie, o których każdy średnio rozgarnięty czytelnik wie, że akurat polska inteligencja nigdy nimi nie grzeszyła, i wreszcie wszystko jest należycie patetyczne i pompatyczne, autor wali obiema rękami w wielkie dzwony i cymbały, używa słów tak w wzniosłych, że ledwo mu przechodzą przez gardło, no i ogólnie panuje nastrój jakiejś wielkiej ceremonii w rodzaju pogrzebu Breżniewa czy innego genseka. Tak to wygląda z wierzchu, jednak jeśli będziemy czytać uważnie, zważając na to, co niewysłowione wprost, zrozumiemy, że nie mamy do czynienia z laurką, lecz artykułem podszytym kpiną i ironią skrytą tak głęboko, iż być może sam autor jej nie dostrzegł. Tym jednak się nie przejmujmy, albowiem już sam mistrz Derrida ? intelektualista pełną gębą ? nauczał, że intencje autora nie mają większego znaczenia w świetle tego, co może wydobyć z tekstu porządna dekonstrukcja. Sięgnijmy więc po dekonstrukcyjne narzędzia i zobaczmy, co można za ich pomocą wykroić z artykułu Żakowskiego.

Tym, co się od razu rzuca w oczy, jest niesamowita wręcz powaga i przejęcie, z jakim autor prowadzi swój wywód. Na początek jest to doskonałe zagranie, nic bowiem tak nie drażni, jak mentorski ton, można więc mieć pewność, że pisząc o kimś w taki właśnie sposób, od razu nastrajamy doń czytelnika niechętnie. Pod tym względem Żakowski wykonuje świetną robotę, raczy nas bowiem stylem typowym dla lat świetności "Gazety Wyborczej", adresowanym do ludzi, dla których samodzielne myślenie jest wyrazem braku wychowania, towarzyskim faux pas. Sięgnijmy po parę przykładów tego stylu: inteligent to palacz narodowego pieca, który musi przenieść przez wszystkie zawieruchy święty ogień rozumności i sensownej zbiorowej tożsamości... Wysiadywanie jaja rozumności jest clou misji inteligenta... On musi trwać na swojej kwaterze jak Ordon na reducie... Matecznikiem, gniazdem, świątynią inteligencji jest uniwersytet, jego ojczyzną są słowa, a powietrzem myśli... Oto martyrologia polskiego inteligenta, duszonego w sosie własnym i przyprawianego kompleksem europejskim, a wszystko podane przy wtórze trzaskających żelaznych bram losu i poetyki rodem z gimnazjalnego wypracowania.
Wśród zalet polskiego inteligenta Żakowski wymienia niechęć do buntu, dostosowywanie się do istniejących warunków (zaznaczając, że obecnie mamy do czynienia z pierwszą od ćwierć wieku rewoltą inteligentów), a także podporządkowywanie się opinii autorytetów, pilnowanie ich ustalonej hierarchii oraz szacunek dla establishmentu. Do tego dochodzi niechęć dla kultury masowej i rozmiłowanie w kulturze wysokiej: zjawiska popularne inteligent ma z natury w pogardzie, szacunkiem otacza zaś to, co ekskluzywne, hermetyczne i dostępne dla wtajemniczonych. Niby mają to być zalety, jednak przy bliższych oględzinach okazuje się, że nie tak do końca. Niechęć do buntu i dobrze opanowana umiejętność asymilacji rzeczywiście są cechą naszych inteligentów, czy jednak jest to powód do chwały? Wystarczy kilka przykładów z czasów PRL-u, aby pokazać, jak doskonale wiele osób wpasowało się w ten system, mając w głębokim poważaniu wszystkie te wzniosłe misje, o których wcześniej pisał redaktor Żakowski. Asymilacja przede wszystkim. A bunt? Jaki bunt? Nie od tego inteligent jest inteligentem, żeby buntował się wtedy, kiedy mogą zabrać mu miskę, a nawet dać kopa i pognać za próg. To dlatego przez ostatnie ćwierć wieku, jak słusznie zauważa autor, opisywani przezeń inteligenci siedzieli cicho: władza jaka była, taka była, ale żyć pozwalała. A co najważniejsze, taki dobrze trzymający z władzą inteligent nie tylko na materialne korzyści mógł liczyć, ale i zyskiwał miły sercu szacunek. Nakłady książek liczono w setkach tysięcy egzemplarzy i nikt nie pytał, czy ktoś je kupuje i czyta. Jeździło się na konferencje naukowe do bratnich krajów, pisało egzegezy materialistów dialektycznych, demaskowało się reakcyjne odchylenia w prozie Joyce'a i wszyscy uważali to za strasznie wyrafinowaną pracę naukową. Co najważniejsze, nie było żadnej konkurencji, nikt nie badał ilości publikacji, nikt nie porównywał z kolegami z USA. Słowem ? było git. Opierunek, szacunek i wikt. Kunktatorstwo podniesione do rangi cnoty narodowej, oportuniści namaszczeni na strażników narodowego ognia.. Wspaniale, bez dwóch zdań... Tylko dureń bez inteligencji by się buntował. Co innego dzisiaj. "Inteligenci" poczuli się obrażeni nie tylko tym, że ktoś powątpiewa w ich zdolności, umiejętności, uczciwość i oddanie czystym spekulacjom, ale że po prostu nie oddaje im należnego szacunku. O to przede wszystkim chodzi. Paciorków, owszem, trochę brak, ale przede wszystkim brak pokłonów. Jak tu się więc nie zbuntować i nie powiedzieć, co się myśli. Zwłaszcza że dziś, inaczej niż w czasach PRL-u, za bunt taki nic nie grozi: ani z pracy nie wyrzucą, ani paszportu nie zabiorą, ani na 48 godzin nie wsadzą. Tak... Teraz już można być bohaterem.
Niby więc ta niechęć do buntu jest zaletą, ale jak się bliżej przyjrzeć, to nie ma się czym chwalić. Zwłaszcza inteligentowi. Podobnie zresztą wygląda sprawa z przestrzeganiem ustalonej hierarchii autorytetów. Na pierwszy rzut oka cecha to zacna, oznacza bowiem szacunek dla tradycji, dla starszych i mądrzejszych, jednak kiedy przyłożyć to do polskich inteligentów, dostrzeżemy zjawiska, z których trudno być dumnym. Po pierwsze, większość owych autorytetów jest dość wątpliwej jakości. Część z nich importowano wprost z PRL-u, poddając jedynie lekkiemu liftingowi, aby wyglądali na bardziej postępowych: już nie marksistów, ale, na przykład, postmodernistów, feministów albo ekologów. Na leninowskiego politruka powoływać się dziś wstyd, ale bić pokłony przed specjalistą od ponowoczesności nie tylko wypada, ale nawet należy. Istnieje poza tym sporo autorytetów, które, co prawda, nie ciągną za sobą PRL-owskiej przeszłości, ale i tak sprawiają wrażenie, jakby były owocem jakiegoś chowu wsobnego. Po drugie, biorąc pod uwagę, że nasz autorytarny establishment składa się w większości z takich właśnie osobników trzeciego sortu, przestrzeganie arbitralnie ustalonej hierarchii i powtarzanie niczym paciorka przejętych od "elity" opinii wydaje się objawem braku rozsądku i typowym myśleniem stadnym. Z jednej strony bowiem, jeśli uznani za autorytety ludzie plotą bzdury i zachowują się (bądź zachowywali) pod względem moralnym co najmniej niejednoznacznie, to co z nich za autorytety? Z drugiej zaś, jeśli tłum ludzi uznających się za inteligentów bzdury te powtarza, a zachowania usprawiedliwia bądź przemilcza, to co z nich za inteligenci? Krótko mówiąc, w wypadku rodzimej inteligencji przywiązanie do koncesjonowanych autorytetów nie jest żadną zaletą, lecz objawem jej słabości, zarówno moralnej, jak i intelektualnej.
Dla bystrego czytelnika ? a tylko dla takich wszak pisze redaktor Żakowski ? staje się jasne, że przedstawione w artykule zalety polskiej inteligencji przy bliższych oględzinach okazują się dość przykrymi przypadłościami. Aby obraz ten jeszcze pogłębić, autor stosuje inną ze wspomnianych już wcześniej sztuczek: przypisuje inteligencji jako klasie pewne pozytywne cechy i zasługi, które ? jak wynika z pobieżnej obserwacji ? wcale nie są dla niej typowe i odnoszą się najwyżej do pewnej jej części. Mowa jest np. o tym, że inteligenci nigdy nie pchają się do żłoba, jak niesławny bohater Mrożkowskiego Tanga, gdyż są ideowcami obojętnymi na pokusy władzy. Czyżby? No, powiedzmy, że nie pchają się do tych samych żłobów. Chamy na lewo, damy na prawo. Cham będzie donosił na kolegę za butelkę koniaku i pełną kopertę, a palacz narodowego pieca zrobi to za marnych parę literek dopisanych do nazwiska, żeby potem, wobec tych, którzy są tylko "dr", być "dr hab." albo nawet "prof. zw.". Nieprzekupność inteligentów jest tylko mitem: jak pokazują statystyki, w PRL-u wyższe wykształcenie miało zaledwie cztery procent społeczeństwa, ale z tego aż 37 procent współpracowało z SB. Problem polegał tylko na tym, że przekupywano ich czym innym niż "prostych" ludzi. W innym miejscu Żakowski z ironią (bardzo ukrytą), twierdzi, że inteligencka krytyka obecnego rządu była konstruktywna i merytoryczna. Inteligent ostrzegał przed nieracjonalnością pomysłów, próbował rysować alternatywne pomysły, zachęcał do umiarkowania. Tutaj już widać doskonale, że autor mruga do nas porozumiewawczo i robi sobie jaja z tych wszystkich, którzy jego tekst potraktują jako obronę inteligenckiego etosu. Jeśli bowiem przyjrzeć się owym "inteligenckim" krytykom rządu, to można o nich powiedzieć w zasadzie wszystko, oprócz tego, że są konstruktywne i merytoryczne. Konstruktywnie i merytorycznie inteligenci krytykowali w czasach PRL kolejne jedynie słuszne linie Partii, pilnując, aby wczorajsze błędy i wypaczenia nie osłabiły dzisiejszej wiary w jutrzejszą odnowę. Merytorycznie dyskutowano z Kiszczakiem, Kwaśniewskim i Jaruzelskim przy okrągłym stole, uzgadniając, kto, kogo, komu, za ile, no i oczywiście, kto jako palacz narodowego pieca posprząta dokumentację po imprezie. Konstruktywnie traktowano postkomunistyczne rządy III RP, tłumacząc ciemnemu ludowi, że taka jest wola demokracji i trzeba się z tym dzielnie pogodzić, a nie urządzać jakieś hałaśliwe protesty. Natomiast dzisiejsza krytyka jest równie merytoryczna, jak krytyka gabinetu Jana Olszewskiego i sprowadza się do prostej deklaracji: cokolwiek zrobicie, będzie źle i będziemy głośno krzyczeć, że nam się to nie podoba, nie wnikając w szczegóły. Proponowana zaś alternatywa jest równie prosta: oddajcie zdobytą władzę naszym kumplom bądź autorytetom, bo od rządzenia i ustalania hierarchii jesteśmy my. To wersja umiarkowana. Radykalna brzmi: wynocha!
Nietrudno wiec dostrzec, że owe pozytywne, tak precyzyjnie wypunktowane cechy inteligentów nijak nie pasują do tego, co możemy zaobserwować wokół siebie. Jeśli dodamy do tego ukrytą sugestię, że rzekome inteligenckie zalety są w istocie wadami, jeśli połączymy to z pompatycznym językiem i rozbrajającymi odniesieniami do reduty Ordona i rozmaitych narodowych pieców, mateczników i myśli, które są powietrzem, otrzymamy obraz potwierdzający wyjątkowo negatywne opinie na temat kasty intelektualistów, głoszone m.in. przez Paula Johnsona czy Rogera Scrutona. Artykuł redaktora Żakowskiego należy więc potraktować jako wyrafinowany pamflet na polskiego inteligenta, nawet jeśli sam autor miał na celu napisanie jego apologii. Ukazana zostaje nam postać bez właściwości ? słaba, niezdolna do sprzeciwu w sytuacjach poważnych, ale krzykliwa wtedy, gdy za krzyk nie grożą sankcje. Niechętna do samodzielnego myślenia i stale powołująca się na autorytety, zazwyczaj równie mierne, jak ona sama, i dlatego też przez nią szanowane. Postać najlepiej czująca się w stadzie, tam, gdzie wszystko jest ustalone i jednoznaczne, gdzie zdjęty z człowieka zostaje wysiłek i ból refleksji, gdzie wystarczy spokojnie podążać w kierunku wskazanym przez przewodnika. Postać, która swoją intelektualną miałkość, moralne rozedrganie i życiową nieporadność maskuje patetycznymi frazami i moralizatorskim tonem.
Krótko mówiąc, Żakowski dobitnie potwierdził, że stara rosyjska idea inteligencji jako klasy była i jest przeżytkiem, a odwoływanie się do inteligenckiego etosu to zabieg chybiony i śmieszny. Tak jak nie ma "kobiet w ogóle", o których prawa walczą feministki, tak też nie ma "inteligentów", o których mówią rzecznicy i obrońcy inteligencji. Wybitny uczony, doskonały pisarz czy świetny adwokat nie mają jakiejś wspólnej cechy, która pozwalałaby łączyć ich w jakąś jedną grupę o identycznych czy choćby zbliżonych poglądach, celach i metodach działania. Nie można jednak stwierdzić, że owa klasa inteligencka z taką pasją i znawstwem opisana przez Żakowskiego nie istnieje. Owszem, istnieje. Jej członkowie nie mają jednak żadnych wybitnych czy wyjątkowych cech, które by ich łączyły, prócz jednej, drobnej, ale za to na każdym kroku podkreślanej. Chodzi o głębokie przekonanie o tym, że się jest inteligentem.
Damian Leszczyński

Wyświetlony 1541 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.