niedziela, 30 maj 2010 11:25

Piernikowy totalitaryzm

Napisał

Właśnie podano informację, że w ciągu najbliższego roku Polska musi wymienić wszystkie skrzynki na listy. Dlaczego? Dlatego że są niezgodne z normami Unii Europejskiej i należy w ich miejsce przykręcić takie skrzynki, które będą zgodne. Co prawda listonosze twierdzą, że z tych nowych, zgodnych skrzynek dość łatwo będzie wykradać korespondencję, no ale cóż robić. Jakże tu nie być zgodnym z normami, skoro zgoda buduje, a niezgoda rujnuje?

 

Posiadanie norm to zacna rzecz. Ich respektowania i egzekwowanie tego respektu u innych to też rzecz zacna, wymagająca sporego nakładu sił i dużych wydatków. Trzeba jednak również posiadać właściwą normę, czyli miarę, co do ilości norm, które chcemy ustalać ? zwłaszcza dla innych. Pewien angielski monarcha ustalił kiedyś normy dotyczące pieczenia pierników, nad których przestrzeganiem czuwała specjalna piernikowa policja stanowiąca zbrojne ramię ministerstwa kierowanego przez piernikowych komisarzy. Nie pamiętam już, jak skończył ów dobrotliwy monarcha, ale biorąc pod uwagę dość popularną w owym okresie na Wyspach dekapitację, obawiam się, że piernikowy król mógł nie z własnej woli położyć głowę na pieńku. A wszystko przez nadmierną troskę i opiekuńczość. Podobną troskę i opiekuńczość wykazuje unijna biurokracja, jednak w porównaniu z monarchią jest dużo droższa, jej zastępy nieprzeliczone, a zakres kompetencji prowadzi do filozoficznych pytań o nieskończoność wszechświata i ludzkiego cierpienia, które dotykać nas będzie w ciągu nieskończonego cyklu żywotów. Oczywiście, cała ta biurokratyczna machina uzasadnia swoje istnienie opieką i troską o bezradnych obywateli, jednak pod tymi eufemizmami kryje się zwykły totalitaryzm, z tym że w wersji "miękkiej". Taki Hitler, dla przykładu, jednoczył nas i opiekował się nami w sposób brutalny, biorąc od razu za mordę i nie stwarzając nawet pozorów dobrotliwości. Teraz bierze się nas za mordki delikatnie, tak żeby nam nie powybijać zębów i nie powykręcać rąk, których ostatecznie będziemy czasem jeszcze używać do głosowania, mającego tej zabawie nadać pozory demokracji. Zresztą o tym, że chodzi o pozory, przekonujemy się coraz częściej, ostatnio np. przy okazji budowy obwodnicy augustowskiej: co prawda, demokratyczna większość zainteresowanych (mieszkańców) jest za i pewnie w referendum pomysł by przeszedł, ale feudalny komisarz z unii powiada niet! (o, przepraszam, teraz to on mówi non, albo nein).

W zeszłym tygodniu Unia Europejska hucznie obchodziła swoje święto. Przyglądając się temu obchodzeniu, można było przekonać się, że świeckie uroczystości, zwłaszcza te, które odbywają się z inicjatywy urzędników ku czci podpisania tego, czy innego papierka, idealnie pasują do definicji kiczu, podanej przez Céline'a: kicz polega na tym, że przypina się kwiatki tam, gdzie ich nie potrzeba. Urzędnicze, świeckie święta nieodmiennie przeradzają się w mniej lub bardziej ponure parodie spontanicznego świętowania i nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy urządzają je urzędnicy III Rzeszy, Kraju Rad, czy UE ? farsa pozostaje farsą. Tak było i w tym wypadku: ilość patosu i pompatyczności wylana w trakcie setki różnych przemówień wystarczyłaby na sto lat uroczystości wręczania nagród Nobla. Przy okazji przy błysku fleszy i huku petard podpisano "Deklarację Berlińską", dokument pod względem stylu przypominający instrukcję BHP, którego treść powinna jednak wzbudzić naszą ideologiczną czujność.
Dlaczego powinniśmy być czujni? Ano dlatego, że lepiej ostrożnie podchodzić do deklaracji sformułowanych w liczbie mnogiej i na dodatek również w naszym, jak się zdaje, imieniu. Na początku czytamy np., że Pragniemy pokoju i wolności, demokracji i praworządności, wzajemnego szacunku i wzajemnej odpowiedzialności, dobrobytu i bezpieczeństwa, tolerancji i zaangażowania, sprawiedliwości i solidarności. Zestaw ciekawy, choć dość jednostronny. Nie wiadomo przy tym czy wyraża realnie istniejące w ludzie pragnienia, czy raczej jedynie te słuszne. W pierwszym wypadku raczej mija się z prawdą, rozrzut pragnień jest bowiem zdecydowanie większy, a poza tym oprócz wymienionych istnieją także pragnienia będące ich zaprzeczeniem ? iluż to mieszkańców Europy nie chce żadnej wzajemnej odpowiedzialności czy tolerancji, a solidarność ma gdzieś. Jeśli zaś są to jedynie słuszne pragnienia, to, pomijając już pytanie, jakie było kryterium słuszności i kto je ustalał, gołym okiem widać, że są one ze sobą sprzeczne i próba realizacji jednego pociągać będzie za sobą niszczenie nadziei na urzeczywistnienie innych. Jak np. pogodzić dobrobyt z solidarnością albo odpowiedzialność z tolerancją, rozumianą po europejsku jako "aktywna akceptacja"? Jak w ogóle pogodzić większość tych punktów z wymienioną na początku wolnością, która, jak się zdaje, polega między innymi na tym, że człowiek w pewnych granicach może być nietolerancyjny, niesolidarny, niezaangażowany i przy tym nie mieć dla niektórych za grosz szacunku. Albo więc mamy tu do czynienia z projektem utopijnym, albo ze stekiem bzdur, albo z jednym i drugim. Można zresztą podejrzewać, że podobnie jak deklaracje wygłaszane w czasach PRL-u przy okazji Dnia Hutnika czy Dnia Walcownika Blachy Miedzianej, nie ma to żadnego znaczenia.
Ale lepiej na zimne dmuchać. Co mamy dalej? Po kilku akapitach wodolejstwa następuje taka, w miarę konkretna deklaracja: Wspólnie będziemy walczyć z terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i nielegalną imigracją. Będziemy równocześnie bronić wolności i praw obywatelskich, również w walce z ich przeciwnikami. Rasizm i ksenofobia nigdy więcej nie mogą mieć miejsca. I tu znowu nie wiadomo, czy mówią poważnie, czy robią sobie jaja. No bo z jednej strony gwarantuje się tu obronę wolności i walkę z jej przeciwnikami, z drugiej zaś zapewnia, że rasizm i ksenofobia nie mogą mieć miejsca. Czyli, że w ramach wolności ksenofobem być nie wolno? No, ale ksenofobia jest jedynie prywatnym uczuciem głębokiej niechęci do cudzoziemców, czemuż więc wolny obywatel Unii nie miałby prawa w głębi swej duszy odczuwać niechęci, a nawet i nienawiści. Miłość do cudzoziemców, jak się zdaje, jest dozwolona, a nawet zalecana. Dlaczegóż to więc tak dyskryminować niechęć i nienawiść? Zwłaszcza jeśli są całkowicie prywatne? Czy takie postawienie sprawy nie prowadzi do sytuacji, w której uzna się, że również inne prywatne uczucia nie mogą mieć miejsca? W PRL-u np. nie można było nienawidzić ustroju, w którym się żyje. Złe słowa o systemie realnego socjalizmu były karane jako dywersja, złe myśli karane byłyby również, gdyby był do nich łatwy dostęp. Czy sytuacja, w której okazuje się, że wolność da się pogodzić z brakiem miejsca na pewne prywatne uczucia nie otwiera czasem furtki, za którą każde prywatne uczucie może okazać się niepożądane z punktu widzenia troskliwych opiekunów? Pomijam już to, że jeśli ów fragment "Deklaracji Berlińskiej" traktować poważnie, wychodziłoby na to, że Unia jednocześnie broni wolności i ją ogranicza, a więc walczy sama ze sobą. Dialektyka doskonała, jak w znanym powiedzeniu, iż w miarę postępów socjalizmu walka klasowa się zaostrza. Sęk w tym, że ofiarami tej walki będziemy my. Autorzy deklaracji zapewniają bowiem w ostatnim słowie: Wiemy, że Europa to nasza wspólna przyszłość.
I tego należy się obawiać.
Damian Leszczyński

Wyświetlony 1427 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.