wtorek, 01 czerwiec 2010 15:33

Postępowe auto da fé

Napisał

Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. Powróciła w najmniej oczekiwanym momencie, odmieniona, po gruntownym liftingu z nowymi pomysłami. Siedzieliśmy sobie niczego nie podejrzewając, w kompletnym błogostanie i samozadowoleniu, a tu niepostrzeżenie złe moce wyciągnęły po nas swe macki (oślizgłe, rzecz jasna)...

 

Klasycznej inkwizycji przypisywano rozmaite podłe czyny. Przede wszystkim miała palić niewinne niewiasty pod zarzutem czarownictwa, ścigać heretyków, innowierców i niewiernych, którym siłą narzucała jedyne słuszne poglądy. Jednak przemoc jej dotyczyła nie tylko sfery materialnej, ale również duchowej: inkwizycja, jak powiadają, z wielkim upodobaniem i surowością karała myślących inaczej. Sporządzono nawet obszerny index librorum prohibitorum, a więc spis ksiąg zakazanych, których czytanie i rozpowszechniane było surowo karane. Książki owe obłożono klątwą, potępiono i wykonano nad nimi różne inne czary-mary mające powstrzymać maluczkich od sięgania po nie. Tak to mniej więcej wyglądało.
Trzeba jednak pamiętać, że nie tylko inkwizycja miała inkwizycyjne zapędy, co więcej, dużo więcej inkwizycyjnej gorliwości przejawiały rozmaite ugrupowania, które bynajmniej nie domagały się jawnie ograniczenia wolności i uniformizacji poglądów. Przeciwnie, najbardziej gorliwych inkwizytorów znajdujemy właśnie wśród orędowników wolności i tym podobnych cnót. Przykładem może być choćby okres rewolucji francuskiej, kiedy to w imię wolności, równości i braterstwa wyrżnięto dziesiątki tysięcy tych, którzy wartości te rozumieli nieco odmiennie niż oświeceni rewolucjoniści. Jeszcze większy zapał inkwizytorski zapanował po rewolucji sowieckiej, kiedy utworzono oazę wolności i ziemski raj w jednym, a więc ZSRR. W kraju tym (o ile tak to można nazwać) teoretycznie panowała kompletna wolność, jeśli chodzi o poglądy, wypowiedzi, zrzeszanie się czy nawet wyjazd poza granice. Wszystko to było zapisane w konstytucji, a obywatel sowiecki, kiedy tylko chciał, mógł sobie o tym przeczytać, mógł zresztą posłuchać wypowiedzi któregoś z nadzorców, którzy zapewniali go, że dopiero w państwie komunistycznym człowiek osiągnął prawdziwą wolność. Nie jakąś tram oszukańczą wolność burżuazyjną, która, co najwyżej, pozwala prywatnie głosić dowolne poglądy, ale prawdziwą wolność jako emancypację (cokolwiek miałoby to oznaczać). Była więc wolność, był pokój, była swoboda i powszechna miłość, oczywiście teoretycznie. W praktyce bowiem, kiedy ktoś za bardzo się tą wolnością przejął i zaczynał domagać się jej respektowania, okazywało się, że biedaczek jest chory, i to na potworną chorobę zwaną schizofrenią bezobjawową. Paskudztwo to było zaraźliwe jak cholera i wymagało leczenia klinicznego w specjalnych ośrodkach rozmieszczonych pod kołem podbiegunowym.
No ale to już minione dzieje. Dziś nie ma już złego imperium sowieckiego, nie ma inkwizytorów, nie ma nawet schizofrenii bezobjawowej, choć spotykamy tu i ówdzie ludzi "chorych z nienawiści", których reedukacją zajmują się różne ośrodki. Ale to margines. Poza tym panuje powszechna wolność wypowiedzi, wolność zgromadzeń, wolność stylów życia i tak dalej. Wolności mamy po pachy, mamy jej tyle, że możemy się w niej utopić i nawet tego nie zauważyć. A co gorsza, możemy nie zauważyć podstępnej hiszpańskiej inkwizycji.
Okazuje się bowiem, że za tym parawanem wolności nie jest wcale tak wesoło, jak nam to malują. Inkwizycja założyła nowe mundurki i z jednej strony daje nam ciasteczka, a z drugiej wyciąga łapę, żeby dać w ucho. Tak to niestety wygląda. Z tym że dzisiejsi inkwizytorzy nie są ani fanatykami religijnymi, ani wyznawcami jakiejś prometejskiej ideologii, lecz zwykłymi urzędnikami gorliwie wyznającymi religię biurokratów, która ? choć na pierwszy rzut oka na taką nie wygląda ? ma typowo totalitarny charakter. W tej chwili, na własne życzenie, oddaliśmy się we władzę (czy też, jak mówią niektórzy, poszliśmy w jasyr) tzw. biurokratów europejskich, którzy pilnie czuwają, aby w "jewrosajuzie" wszyscy przestrzegali ustawowej wolności, równości i braterstwa, rzecz jasna. Bardzo ważna jest, na przykład, wolność związana z orientacją seksualną: każdy ma prawo orientować się po swojemu, czy to na kolegę, czy to na zwierzątko, czy też roślinkę. Panuje tu zupełna swoboda, której przestrzeganie jest jednym z priorytetów. Również w zakresie wolności słowa i wyznawanych poglądów mamy straszną wolność, o której tylko mogliby marzyć starożytni Rzymianie. Ta wolność jest tak doskonała, że nie tylko każdy może mówić i myśleć, co chce, ale równocześnie istnieją ściśle ustalone kryteria dotyczące tego, czego można i należy chcieć. I to stanowi o wyższej formie wolności, którą nam oferują biurokraci. Kiedyś człowiek myślał bezładnie ? to o tym, to o tamtym, marnował czas i zużywał szare komórki na zupełnie bezmyślne myślenie. Teraz jest inaczej i odkąd wiadomo, jak należy myśleć i co należy sądzić, unikamy tak przykrego marnotrawstwa, co daje ogółem zysk 17 koma 3 procenta myślo-godziny na obywatela w ciągu miesiąca. I procent ten stale się zwiększa!
No ale żeby procenty rosły i ludzie myśleli jak należy, nie można ich puścić samopas. I tu właśnie pojawia się zapotrzebowanie na nową, a nawet nowoczesną biurokratyczną inkwizycję, która zajmie się tymi wszystkimi odbiegającymi od normy nieborakami. Skoro są poglądy słuszne i niesłuszne, wyrażaniu tych ostatnich należy przeciwdziałać. A wyrażać poglądy można nie tylko wprost, ale również w formie zawoalowanej, za pomocą gestów, spojrzenia, stylu wypowiedzi etc. Kiedyś mówiło się, że czarownica rzuca urok za pomocą tzw. złego spojrzenia albo przez wymówienie pewnego tajemniczego słowa. Od tej pory się nic nie zmieniło, okazuje się bowiem, że istnieje coś takiego jak "homofobia", polegająca na tym, że człowiek w jakiś sposób wykazuje niechęć do pederastii jako formy realizacji seksualnych upodobań. Niechęć ta, a więc pogląd antypederastyczny, wyrażany jest właśnie przez złe spojrzenie, określone słowa i różne inne drobnostki, których zwykły człowiek nie dostrzega, ale które nie mogą ujść uwadze inkwizytora. Takich strasznych poglądów jest zresztą więcej: seksizm, lookizm, fallogocentryzm, rasizm, faszyzm czy antysemityzm. Wszystkie one stanowią przeszkodę w urzeczywistnianiu prawdziwej wolności i dlatego muszą być w porę wyłapywane przez odpowiednio wykwalifikowane służby (czasem trudno bowiem owe chore poglądy odróżnić od poglądów zdrowych, gdyż, podobnie jak sowiecka odmiana schizofrenii, nie mają one jakichś jasno ustalonych objawów).
Tak więc żyjemy sobie w królestwie wolności, możemy mówić, co chcemy, myśleć co chcemy i zachowywać się, jak chcemy, ale oczywiście w pewnych granicach. Oto nowy liberalizm, nazwijmy go "liberalizmem dialektycznym", czerpie bowiem z bogatej skarbnicy materializmu dialektycznego, który wbrew zapowiedziom jego wrogów nie tak całkiem umarł. No i w ramach tego dialektycznego liberalizmu pewne poglądy wolno głosić, innych zaś nie wolno po groźbą potępienia i rzucenia klątwy. Na takie potępienie naraził się ostatnio pan Maciej Giertych, który bez odpowiednich konsultacji z brukselskimi specjalistami od schizofrenii odważył się opublikować książeczkę zatytułowaną Wojna cywilizacji w Europie. Książeczka ta nie jest jakimś odkrywczym dziełem, zawiera bowiem streszczenie poglądów wygłoszonych niemal wiek temu przez wybitnego historiozofa Feliksa Konecznego, które zresztą nie są niczym wyjątkowym, głoszą je bowiem również (jak przytomnie wskazał R. Ziemkiewicz) uznani współcześni myśliciele, jak np. Samuel Huntington. No ale co wolno wojewodzie, to nie tobie... Tak więc kiedy tylko książeczka ujrzała światło dzienne, do boju ruszyli wszyscy zwolennicy dialektycznej wolności słowa. Od ręki książkę ? inkwizytorskim zwyczajem ? obłożono najcięższą klątwą europarlamentarną, której zdjęcie jest możliwe tylko wówczas, kiedy delikwent na kolanach przemaszeruje ulicami Berlina w ramach Love Parade. Jak się dowiadujemy, Komisja Europejska potępiła broszurę oraz zażądała podjęcia odpowiednich kroków, aby zwalczać to przerażające zjawisko. Wydaje się, że najbardziej odpowiednim krokiem byłoby odwołanie się do starej tradycji: niech najpierw Giertych spali cały nakład ksiązki przed gmachem Parlamentu Europejskiego, a potem odszczeka wszystko, co tam napisał w każdym z języków Unii. Jeśli zaś tego nie zrobi, to nie pozostaje nic innego jak spalić jego samego, najlepiej w jakiejś sporej kuchence mikrofalowej, ze stosu bowiem ulatnia się zbyt dużo dymu, który szkodzi środowisku naturalnemu. Przy okazji można by również sfajczyć Giertycha juniora, który w trakcie wizyty w Niemczech ośmielił się wygłosić niepoprawne poglądy dotyczące aborcji i homoseksualizmu.
W ten sposób uczynilibyśmy kolejny krok na drodze ku wolności, oczywiście nie jakiejś tam taniej, mieszczańskiej wolności, o której prawił stary reakcjonista J.S. Mill. Nie. Tu chodzi o prawdziwą wolność. Wolność przez duże W. Taką wolność, w której każdy już nie tylko będzie wiedział, jak powinien myśleć, ale również będzie chciał tego, czego powinien chcieć. No i będzie się z tego wszystkiego cieszył, dziękując swoim dobroczyńcom.
Damian Leszczyński

 
2 marca 2007 r.
Wyświetlony 1350 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.