środa, 02 czerwiec 2010 12:14

W oparach absurdu

Napisał

Stefan Kisielewski stwierdził kiedyś, że socjalizm dzielnie walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju. Należałoby tu dodać, że w miarę umacniania się socjalizmu problemy te pogłębiały się i przybierały coraz bardziej absurdalne formy. Gdyby ostateczny cel, a więc społeczeństwo bezklasowe, został wreszcie zrealizowany, żylibyśmy w oparach takiego absurdu, że trudno byłoby oddychać (choć bardziej prawdopodobne jest, że byśmy w ogóle nie żyli). Niektóre absurdy miały charakter ekonomiczny, jak choćby nadprodukcja czy notoryczny niedobór tego, na co akurat jest popyt - zjawiska nieznane w żadnym innym systemie gospodarczym. Były również absurdy polityczne, w rodzaju konstytucyjnych zapisów o wolności słowa, absurdy architektoniczne, motoryzacyjne, gastronomiczne i kulturowe, których przytaczanie zajęłoby objętość równą kompletnemu wydaniu encyklopedii Britannica.

 

Z filozoficznego punktu widzenia trudno się temu wszystkiemu dziwić, socjalizm bowiem opierał się na marksistowskiej doktrynie, która rządziła się tzw. logiką dialektyczną polegającą, ogólnie mówiąc, na tym, że w ramach jednego systemu twierdzeń można było akceptować dowolne zdanie wraz z jego zaprzeczeniem, co w sumie miało dawać jakąś nową jakość. Tak więc cała ideologiczna konstrukcja oparta była od początku na wewnętrznych sprzecznościach, które jeśli rodziły jakiekolwiek nowe jakości, to jedynie w postaci wspomnianych wcześniej absurdów. Nad ich egzegezą czuwały zastępy marksistowskich uczonych, wśród których byli zarówno naiwni ideowcy, zwykli oportuniści, jak i pospolici idioci. Wszyscy oni dzielnie produkowali tony nikomu niepotrzebnego bełkotu, za pomocą którego starali się rozwikłać rozmaite paradoksy, w rodzaju tzw. paradoksu Spartakusa, posiłkując się pokaźną biblioteką świętych pism, za które uważano książki Marksa, Engelsa i Lenina.

Od tego czasu minęły już niemal dwie dekady i pisma wymienionych autorów są w stanie zainteresować co najwyżej egzaltowaną młodzież, pragnącą wyzwolenia świata od hamburgerów, ewentualnie spryciarzy w rodzaju pop-filozofa Slawoja Żiżka, sprzedającego niedzielnym buntownikom książki o Leninie tak, jak sprzedaje się koszulki z Che Guevarą czy Kurtem Cobainem. Jednak typowa dla marksizmu umiejętność generowania absurdów przetrwała dzięki rozmaitym ruchom emancypacyjnym walczącym z tzw. dyskryminacją, które co jakiś czas proponują nam skecze rodem z Latającego Cyrku Monty Pythona.
Oto niedawno w hiszpańskim miasteczku Fuenlabrada przedstawicielki władz uznały, że znaki drogowe informujące o przejściu dla pieszych mają charakter seksistowski. Dlaczego? Dlatego, że wszystkie bez wyjątku przedstawiają przechodzącego przez pasy mężczyznę, a to ? biorąc pod uwagę istnienie dwóch płci ? oznacza jawną dyskryminację. Zdecydowano więc, że połowa znaków pozostanie męska, połowa zaś zostanie przemalowana na żeńską: postać przechodząca przez ulicę będzie miała spódniczkę i kucyk. To samo dotyczyć będzie podświetlanych postaci z sygnalizacji świetlnej: musi być pół na pół.
Mamy tu niewątpliwie do czynienia z paranoją najwyższej próby, przypominającą świetlane czasy tryumfów socjalizmu, kiedy jeden absurd gonił drugi. I żeby było jeszcze zabawniej, na parytetach dla postaci ze znaków drogowych się nie skończyło, bo, jak wiadomo, w miarę postępów socjalizmu walka ideologiczna się zaostrza, a ludzka głupota jest bezgraniczna jak wszechświat. Nie trzeba było więc długo czekać, aby pomysły jednych radykałów spotkały się z reakcją innych, jeszcze bardziej radykalnych i zaangażowanych. Cenną inicjatywę przemalowywania znaków drogowych nieoczekiwanie potępiły feministki, dowodząc, że zamiast przeciwdziałać dyskryminacji, wzmacnia ją, albowiem sposób, w jaki pokazana została na znakach płeć żeńska, utrwala społeczne stereotypy, w myśl których kobiety mają mieć długie włosy i chodzić w spódniczkach.
Nic dodać, nic ująć. Pozostaje tylko czekać na kolejną cenną decyzje, domagającą się wprowadzenia znaków drogowych przedstawiających barany przechodzące przez jezdnię. Barany bowiem, jak dowodzą wyżej opisane zjawiska, stanowią pokaźną i aktywną część rodzaju ludzkiego.
Damian Leszczyński

Wyświetlony 1362 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.