Wydrukuj tę stronę
wtorek, 29 czerwiec 2010 13:10

Szkolne reformy

Napisał

Jeśli przyjrzeć się opiniom wygłaszanym na temat polityki, można dostrzec specyficzne zjawisko. Zazwyczaj nie liczy się to, co jest mówione, ale to, kto mówi. A więc nie pomysł czy program, lecz osoba. Kiedy polityk X, ulubieniec mediów, mówi o konieczności reformy służb specjalnych, wszyscy biją brawo, ale gdyby to samo powiedział polityk Y, z jakichś powodów przez media nielubiany, krzyczano by, że to zamach na demokrację. Zjawisko to można było zaobserwować przy okazji dyskusji o tym, jak ma wyglądać polska szkoła. Minister Giertych przedstawił pewne pomysły zmierzające do zdyscyplinowania uczniów i zapewnienia im większego bezpieczeństwa, i pomysły te przez niektórych z góry zostały odrzucone i zakwalifikowane jako faszystowskie. Co ciekawe, mało kto próbował dowieść, co jest w nich złego. Stwierdzono po prostu, że skoro coś proponuje taka osoba, jak Giertych, to bez wnikania w istotę rzeczy należy to z miejsca potępić. Można podejrzewać, że gdyby te same pomysły zaprezentowała pani Magdalena Środa albo Izabela Jaruga-Nowacka, wszyscy biliby brawo.

 

Jeśli chodzi o pomysły Giertycha, a nie o niego samego, to można powiedzieć, że idą one w dobrym kierunku, choć, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania ministra, można zastanawiać się, czy ma on jakąś sensowną i całościową koncepcję reformy szkolnictwa. Z jednej strony niby chce wprowadzenia dyscypliny, z drugiej jednak proponuje takie nonsensy jak osławiona amnestia maturalna. Jeśli to ma się przyczynić do podniesienia poziomu nauczania to równie dobrze można by po prostu zadekretować, że maturę dostaje każdy, kto w ogóle przebrnie przez szkołę średnią. Natomiast pomysł odseparowania szkolnych bandytów od reszty uczniów nie jest zły. Do tej pory wyrzucenie ucznia ze szkoły było właściwie niemożliwe, tak samo jak przeniesienie go do placówki specjalnej bez zgody rodziców. Oczywiście, pojawiają się głosy, że owe szkoły dla tzw. trudnej młodzieży będą utrwalały złe zachowania, jednak w ten sposób można by stwierdzić, że nie należy wsadzać ludzi do więzień, bo nabierają tam złych nawyków. Pomysł jest więc interesujący, ale niestety ma charakter doraźny. W całej toczącej się dyskusji o szkolnictwie brakuje refleksji nad dwoma fundamentalnymi sprawami. Pierwsza rzecz to upaństwowienie szkolnictwa. Nie od dziś wiadomo, że państwowe przedsiębiorstwa są mniej wydajne, a ich produkty gorsze niż te, wytwarzane przez sektor prywatny. Dzieje się tak z prostego powodu: pracownikom zatrudnionym przez państwo nie opłaca się pracować ciężej i lepiej, bo i tak nie wpłynie to na ich dochody, co więcej, mają oni świadomość, że kiepska jakość ich pracy nie stanie się pretekstem do zwolnienia. W szkołach jest podobnie. Jeśli porównać produkty ? a więc uczniów ? wypuszczanych przez szkoły prywatne i państwowe, nietrudno dostrzec kolosalną różnicę. Jeśli w szkole prywatnej pojawia się młody bandyta, zostaje od razu usunięty, dyrektor wie bowiem, że jeśli tego nie zrobi, pozostali rodzice zabiorą stąd swoje dzieci i przestaną płacić czesne. Jeśli poziom nauczania będzie mierny, nauczyciele kiepscy i niedouczeni, stanie się to samo, więc dyrektor będzie dbał o to, żeby szkoła wygrała rywalizację z konkurencją. Jednak aby taki system działał, należałoby sprywatyzować wszystkie szkoły i przestać ściągać od ludzi podatek na utrzymywanie szkół państwowych, kuratoriów, urzędników i tak dalej. Pewnym rozwiązaniem, choć niedoskonałym, jest bon oświatowy. W każdym razie chodzi o to, żeby to rodzic decydował, komu zapłacić i gdzie będzie uczyć się jego dziecko.

Druga kwestia, o której nikt w trakcie dyskusji o kondycji szkoły nie wspomniał, to przymus nauczania. Jest to rzecz traktowana jako tak oczywista, jak obowiązkowe składki emerytalne, jednak warto się zastanowić, czy podobnie jak te ostatnie, ma jakiś sens. Obowiązek posyłania dzieci do szkoły i trzymania ich tam do pewnego wieku to pomysł niedawny i ludzkość zupełnie dobrze radziła sobie bez niego. Zarówno w czasach starożytnych, jak i w średniowieczu czy epoce nowożytnej, nie cierpieliśmy na niedostatek geniuszów, a przecież nikt nikogo do szkoły nie posyłał na siłę. Do wykonywania pewnych prostych zawodów szkoła nie jest potrzebna, a jeśli ktoś przy okazji ma bandyckie skłonności, to lepiej i dla niego, i dla potencjalnych kolegów z klasy, że po prostu do szkoły nie będzie chodził. Zresztą istnieje druga strona medalu: niektórzy rodzice woleliby sami uczyć swoje dzieci. Być może mają do tego odpowiednie predyspozycje, nie chcą, aby im dziecko chamiało w tłumie, chcą sami zadbać o jego przyszłość. Mamy dość spore grono zwolenników edukacji domowej, którzy ze zniesienia nakazu posyłania dzieci do szkoły byliby bardzo zadowoleni. Oczywiście, istnieje podejrzenie, że dziecko pozbawione kontaktu z rówieśnikami i trzymane pod kloszem domu wyrośnie na niedostosowanego gamonia, no, ale cóż ? ilu takich chodzi po świecie, mimo że trzymano ich przez lata w szkole.
Być może więc prywatyzacja szkolnictwa i zniesienie obowiązku nauczania poprawiłyby sytuację. A być może nie. Być może niezależnie od tego, jak uczy się i wychowuje młodzież, to i tak stosunek geniuszy do bandytów pozostaje stały.

9 listopada 2006 r.
Damian Leszczyński


(Komentarz wygłoszony na antenie wrocławskiego Radia Rodzina)

Wyświetlony 3031 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.