niedziela, 29 sierpień 2010 06:36

Czeska przestroga

Napisał

Stare przysłowie mówi, że najciemniej jest pod latarnią. Dobrze ilustruje ono polskie zainteresowania naszym południowym sąsiadem, jego problemami, gospodarką polityką i kulturą. Tematyka ta poruszana jest w polskiej prasie, publicystyce i w wydawnictwach raczej okazjonalnie, dorywczo lub w kontekście aktualnych ważnych wydarzeń nad Wełtawą. Choć elementarna wiedza na ten temat mówi o przyjęciu chrztu Polski od Czechów.

 

Pierwszym patronem naszego kraju jest czeski biskup Pragi św. Wojciech. Księżna Anna ? żona Henryka Pobożnego i córka króla czeskiego Ottokara I ? była fundatorem najważniejszych obiektów budowlanych średniowiecznego Wrocławia, z których część zachowała się do dnia dzisiejszego. Wpływy polskie w Czechach też były niemałe. Wystarczy wspomnieć, że cenionym królem czeskim przez długie lata (1471-1516) był Władysław Jagiellończyk. Były też spory, nieporozumienia i wzajemne żale oraz pretensje. Do tych ostatnich należy niesławny udział Wojska Polskiego w inwazji militarnej Układu Warszawskiego na "praską wiosnę" w 1968 roku. Tu można tylko wyjaśnić, że naród polski sprzyjał wszystkim wolnościowym przemianom u naszych południowych sąsiadów, decyzje jednak w jego imieniu podejmował komunistyczny rząd, który był z moskiewskiego nadania i służył obcym interesom. Potem już zainteresowania Polaków skupiły się na własnej sytuacji i wzajemnych relacjach z Rosją, Niemcami, USA, Wielką Brytanią i Francją, a w końcu z Unią Europejską. Trzeba jednak zauważyć, że polska pozycja mogła być znacznie mocniejsza wobec tych mocarstw w porozumieniu z Czechami. Wobec braku polskiego zainteresowania taką współpracą Czesi również samodzielnie z lepszym lub gorszym skutkiem prowadzili podobną politykę.
A dzisiaj, pomimo że granice istnieją już tylko formalnie, każdy z narodów idzie swoją drogą. Nie są to sprzeczne kierunki, ale obok siebie. Często nawet jakby nie zauważając się nawzajem. Tak było z negocjacjami traktatowymi Unii Europejskiej i tak jest w sprawie niemieckich postulatów powrotu dawnych mieszkańców lub ich spadkobierców do "ziem ojczystych". Dotyczy to Niemców Sudeckich w Czechach i mieszkańców Ziem Odzyskanych w Polsce. Wspólny interes obu narodów w wielu tego rodzaju sprawach dostrzegalny jest gołym okiem przez zwykłych ludzi po obu stronach.
Tu w oficjalnej polityce jakby nadal panował duch międzynarodowej konkurencji rodem z przedwojennej epoki. Nie zważając na wielkie gesty i czyny polityków, przygraniczna współpraca rozwija się, tak jakby było to już jedno państwo. Nikomu nie przeszkadza to, że mówi innym, lecz bardzo podobnym językiem. Wzajemne odwiedziny lokalnych samorządów, stowarzyszeń i rodzin są tu na porządku dziennym. Co ciekawe, wszyscy widzą w tym wzajemne korzyści, i to nie tylko gospodarcze, ale również kulturalne, naukowe i turystyczne. Jest nadzieja, że ten przygraniczny ruch wzajemnej sympatii przełoży się prędzej czy później na stosunki bardziej oficjalne. To przełożenie wydaje się konieczne, jeżeli chcemy wyciągnąć wnioski z wcale nie odległej przeszłości. Ta przeszłość jest w znacznej części jeszcze nieznana polskiej opinii publicznej. Jej przypomnienie powinno być dla nas ważną i stale powtarzaną czeską przestrogą i lekcją, której powtórka byłaby kolejną tragedią dla obu narodów.
O tej przestrodze i lekcji pisze sławna czeska dziennikarka Milena Jesenska w wydanej niedawno w Polsce książce pt. Ponad nasze siły. Czesi, Żydzi i Niemcy, która jest wyborem jej publicystyki z lat 1937-39 (Wydawnictwo Czarne, 2003). Z wnikliwością i wrażliwością na ludzkie losy, zdeterminowane przez wydarzenia polityczne, przedstawia reportaże, które winny być w owym czasie badane i wykorzystywane przez służby dyplomatyczne i wszystkie inne odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa polskiego. Przekonującą siłą tych reportaży jest prawda tchnąca z każdego słowa. Pozornie wydawać by się mogło, że poruszany problem niemieckiego terroru na przygranicznych terenach Sudetów jest marginalny i mało znaczący w kontekście przyszłych wielkich bitew, kampanii i masowych zbrodni podczas drugiej wojny światowej. Tak to, być może, dzisiaj wygląda, lecz sądzę, że gdyby umiano wykorzystać te reportaże odpowiednio wcześniej, może uniknięto by milionów ofiar tych wielkich operacji wojennych.
Niemiecki terror w czeskich Sudetach rozpoczął się wraz z dojściem Hitlera do władzy. Na przygranicznych terenach powstała hitlerowska partia Sudetendeutsche Partei, poprzednio Sudetendeutschen Heimatfront, pod dowództwem Konrada Henleina (1898-1945). Aż wierzyć się nie chce, jak ta mała partia na terenie suwerennego państwa czeskiego mogła sterroryzować totalnie i całkowicie miejscową ludność, tworząc warunki nieformalnej okupacji z wszystkimi jej rzeczywistymi skutkami. Jej niewątpliwą siłą były pieniądze i potężne wsparcie sąsiedniego państwa niemieckiego z jego osławionymi formacjami SS i SA, których metody tu były sprawdzane i doskonalone. Ten terror, opisywany na bieżąco w czeskiej prasie, nie był jednorazowym epizodem. Trwał przez wiele lat wcześniej zanim wybuchła druga wojna światowa. Jego skala też była powszechna. Henleinowcy przede wszystkim zadbali o opanowanie szkół, jakie istniały na terenie ich wpływów. Do ich partii musieli należeć wszyscy nauczyciele. Dzień urodzin wodza Trzeciej Rzeszy był tu na długo jeszcze przed formalną okupacją dniem wolnym od szkolnych zajęć. Nauczyciele wykładali w tym dniu jego doktrynę podbicia świata. Na koniec lekcji nauczyciel pytał, czy ktoś ma inne zdanie w tej sprawie. Jeżeli znaleźli się tacy odważni, to jeszcze nie wysyłano ich rodzin do obozów koncentracyjnych, usuwano tylko z pracy, z mieszkania, pozbawiano środków do życia, a w miejscach publicznych napadano ich i bito. Domy Żydów znaczono, spisywano i wystawiano wokół nich warty, które dzień i noc pilnowały ich mieszkańców. Codziennie w miejscowej gazecie drukowano nazwiska tych, którzy odważyli się odwiedzić swoich żydowskich sąsiadów. Trzonem uderzeniowym tej formacji była przede wszystkim młodzież, wszystko najlepiej wiedząca. To ona, idąc codziennie przez miasta do swoich sal gimnastycznych, śpiewała hitlerowskie marsze w stylu sieg heil, z ochotą wyciągała prawą dłoń w starorzymskim, a obecnie hitlerowskim pozdrowieniu. Każdego dnia wszyscy uczniowie w szkole musieli opowiedzieć nauczycielowi, o czym rodzice wczoraj rozmawiali w domu. Ci, którzy nie podzielali hitlerowskiego zapału, z dziećmi w domu rozmawiali tylko o rzeczach niezbędnych, o wszystkich innych musieli rozmawiać ze sobą bez ich obecności.
W małej miejscowości zdolny lekarz żydowski uratował życie połowie mieszkających tu dzieci, wielu mieszkańców wyleczył i cieszył się dotąd szacunkiem i uznaniem. Teraz każdy, kto go spotkał przechodził na drugą stronę ulicy, aby tylko nie powiedzieć mu "dzień dobry". Wszyscy pacjenci nagle znikli. Został bez środków do życia.
Wchodząc do restauracji trzeba było pozdrowić wszystkich wyciągnięciem ręki z okrzykiem "Heil Hitler". Kto tego nie zrobił, to mało, że nie był obsługiwany, był natychmiast odnotowany jako wróg nowego systemu politycznego, z którym rozprawiano się podobnie jak z wszystkimi przeciwnikami. I pomyśleć, że wszystko to działo się, co najmniej pięć lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ta długotrwała i wyczerpująca nieformalna, lecz jakże skuteczna okupacja wyczerpywała opór moralny i wojskowy państwa czeskiego, któremu nikt nie zamierzał nawet przyjść z pomocą. Smutne są napisane wtedy prorocze słowa, że ci, którzy bezczynnie przyglądają się czeskiemu dramatowi, wkrótce sami będą poddani podobnym praktykom.
Za swoje reportaże pełne pasji i samotności oraz prawdy o papierowych sojusznikach na czele z Francją i Związkiem Radzieckim, którzy tylko w propagandzie są mocni i niezawodni, którzy jak nikt inny potrafią bronić tylko własnego interesu, zapłaciła cenę najwyższą. Aresztowana jesienią 1939 roku, zginęła pod koniec wojny w hitlerowskim obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Była przyjaciółką niemieckiego pisarza Franza Kafki, który również pod jej wpływem w swoich pisarskich dziełach tak sugestywnie przedstawiał świat pełen grozy, absurdu i niszczącej wszystko ukrytej siły zła.
Pomimo tego wszechogarniającego terroru opór trwał. Nie był tak spektakularny, widoczny i tragiczny jak w Polsce. Tym oporem było kultywowanie wszystkiego, co czeskie. Unikano zbędnych gestów, które pociągały za sobą tylko ofiary. Wobec przeważających sił całej Europy, która zgodziła się na oddanie Hitlerowi państwa czeskiego, uznano, że opór wojskowy byłby gestem samobójczym. A przecież Czesi też mają prawo do życia, jak inne narody, niezależnie od prowadzonej przeciw nim polityki. Uznali oni, że dla przetrwania muszą oszczędzać każdego człowieka. Czechów jest za mało, aby stać ich było na gesty. Osiem milionów Czechów to zbyt mało na samobójstwa, ale wystarczająco na życie. Kult pracy, trzeźwość w ocenie sytuacji to wszystko walory, które pozwoliły na przetrwanie tego niewielkiego narodu wraz z jego kulturą i osiągnięciami. Tak właśnie widzi swój naród jego wielka patriotka Milena Jesenska.
Czeskie doświadczenia, ich inne od naszego spojrzenie na historię ostatniego stulecia są nie tylko interesujące, lecz także wzbogacają nasze oceny z tego okresu ukrytego i widocznego bohaterstwa w obronie własnej tożsamości, tradycji i państwowości. Wydaje się, że nadszedł już czas, aby szeroko korzystać z czeskiego patriotyzmu, który choć inny może być też nam bardzo bliski.
Adam Maksymowicz
Wyświetlony 5912 razy
Więcej w tej kategorii: « Rosja jak "dzika Bela" Rok 1905 »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.