poniedziałek, 13 wrzesień 2010 13:12

Stypendystka wśród Flamandów - Korespondencja z Belgii

Napisane przez

Przyjechałam na stypendium w słynnym belgijskim uniwersytecie w mieście zwanym po flamandzku Leuven, po francusku (tym językiem posługują się Walonowie) Louvain, a po polsku Lowanium (acz ta forma zanika). Znalazłam się tu 19 października.

Leuven
Leuven zaskoczyło mnie zupełnie. Właściwie wszyscy spotykani ludzie to studenci. Jest ich tu niewiarygodnie dużo. Często przechodzą z wykładu na wykład grupami po kilkadziesiąt osób, co nie jest zjawiskiem częstym w zwykłym mieście. Są niesamowitą mieszanką ludzi różnych ras (z przewagą Hindusów) i Flamandów, którzy najczęściej są rudzi. Nawet jeśli mają włosy ciemne lub jasne, to z rudym odcieniem. Wszyscy studenci są bardzo podobnie ubrani ? tak jak polscy, wszyscy mają plecaki. Noszą dżinsy lub ciemne, luźne spodnie i krótkie kurteczki albo żakiety. Wszystko czarne, ewentualnie bure, a do tego kolorowy gruby, zamotany szalik.
Wykładowców można rozpoznać od razu ? noszą teczki, a nie plecaki i mają taki charakterystyczny wyraz twarzy, jaki utrwala się ludziom, którzy mówią do dużych grup słuchaczy. Podobno rdzenni mieszkańcy Leuven stanowią 50% populacji, ale nie widać ich na ulicach. Czasem jakiś starszy człowiek przejedzie rowerem albo grupka rudych dzieci wysypie się ze szkoły. To wszystko.
A propos rowerów. Jeżdżą nimi wszyscy: studenci i wykładowcy, grubi, starzy profesorowie i starsze panie. Jeżdżą szybko i trzeba uważać, żeby nie wpaść pod rozpędzony rower. Pomimo szybkości, jaką rozwijają, nie są to pojazdy wyścigowe czy górskie, ale rozklekotane damki w stylu "Old England". Ogromne składowisko tego rodzaju wehikułów oznacza, że w budynku, o który są oparte, odbywa się wykład.
Miasto jest poprzerastane budynkami uniwersytetu, tak że nie sposób ich rozdzielić. Najstarsze, jak rektorat, mają część murów romańską, część gotycką część renesansową, a część barokową. W środku są nowoczesne biura, windy itp. Taka mieszanka stylów jest zapewne typowa dla miast, które rozwijały się powoli i nie były co i rusz burzone, jak w Polsce. Ale do czasu! I tutaj był sądny dzień 25 sierpnia 1914 r., kiedy miasto obrócono w perzynę. Na wszystkich kamieniczkach gotyckich i renesansowych jest charakterystyczna piaskowcowa płytka z murem, który rażony jest mieczem i zapaloną głownią, a także z datą 1914. Te płytki oznaczają domy zburzone pamiętnego dnia ? czyli zasadniczą większość zabudowy miasta. Obok jest zwykle druga, podobna płytka z datą odbudowy 1920, 1921 lub 1922. Oczywiście, wszystko zostało odbudowane według starych planów. Nieliczne, naprawdę stare budowle jak ratusz, częściowo katedra i pojedyncze kamienice, niczym nie różnią się od odbudowanych. Wszystkie równo są czyszczone piaskiem do jasnoczerwonej cegły i białego piaskowca. Trochę to zaciera wizerunki rzeźb; te na ratuszu czy katedrze są poddawane renowacji, te na mniej reprezentacyjnych budynkach są coraz mniej wyraźne.
Ratusz jest niewiarygodny!!! Koronkowe cudo z bielusieńkiego piaskowca! Gigantyczna pnąca się w górę galeria rzeźby przedstawiającej stany, zawody, typy ludzkie i stroje z XV w. Katedra, która stoi obok, wielka, monumentalna, typowo gotycka, choć bez wież na fasadzie (odbudowana w 1920), wykonana z tego samego kamienia, ale o wiele mniej zdobna. Przez kontrast wydaje się surowa i pusta. We wnętrzu katedry jest parę zaskakujących rzeczy. Klasyczny gotycki układ: nawa, transept, chór, belka tęczowa; typowe sklepienie, okna dające wiele światła, ściany z białego kamienia, bez żadnych ozdób i do tego... zupełnie zwariowana ambona z XVIII w., wyrzeźbiona z mahoniowego drewna, przedstawia drzewo, spowite bluszczem, pod którym z jednej strony snycerz umieścił św. Augustyna w kontemplacyjnej pozie, ale kiedy ambonę sprowadzono do Leuven w 1807 r., dorobiono mu koguta i klucze i upozowano na św. Piotra, patrona katedry; z drugiej strony św. Norbert spada z konia (obaj, a i koń prawie naturalnej wielkości).
Nad nimi górują dwie trzymetrowe PALMY! Całość robi wrażenie rozbuchanej, barokowej fanaberii w surowym wnętrzu. Została tu sprowadzona z innego kościoła po rewolucji francuskiej, kiedy to po prostu sprzedano katedralną ambonę.
Inaczej rzecz ma się ze słynnym obrazem Bouts'a z 1464 r., o którym trąbią wszystkie przewodniki i który ogląda się za 5 . Tryptyk jest ciekawy, bo uczestnicy ostatniej wieczerzy są w średniowiecznych strojach, a Judasz ma bardzo paskudną minę (i jest ciemniejszy od reszty apostołów). Uwagę przykuwa też inny obraz Bouts'a przedstawiający św. Erazma, któremu oprawcy za pomocą wału korbowego (jak w studni) i odpowiednio zaczepionego haka wypruwają flaki. Zleceniodawca patrzy na to ze znudzeniem, a sam Erazm nabożnie.
Wśród licznych monstrancji, kielichów i innych skarbów ocalałych po rewolucji 1789 r. (ta data zagłady wnętrza katedry jest wielokrotnie powtarzana) znajduje się niesamowity posążek ze srebra (30 cm wys., XVI w.) przedstawiający Marię Magdalenę W CIĄŻY!!! I z kielichem w ręku!!! Każdy czytelnik książek Browna, będzie tym eksponatem zachwycony. Fascynujące są też XV-wieczne stalle ozdobione na przemian twarzami ludzi, figurkami zwierząt (pieski, nietoperze, łasiczki etc.) oraz fikającymi kozły diabełkami. Bardzo świeckie wizerunki tuż przy ołtarzu!
Główna biblioteka mieści się w ogromnym budynku, wzniesionym w 1920 r. w czystym stylu renesansowym. Pomimo że bibliotekę zbudowano za amerykańskie pieniądze po spaleniu się poprzedniej w 1914 r., wkracza się do niej po monumentalnych, kamiennych schodach, popycha ogromne, ciężkie drzwi do lectorium. Wszystko jest tu bardziej renesansowe niż w XVI w.
Wielkim atutem Leuven jest PIWO! Lokalny browar to Stella Artois ? lekkie, łagodne, "optymistyczne" piwo. Vielle temps ? ma posmak wędzonki, a piwo trapistów ? jest nieklarowne, całe wzburzone, z goryczką i dość mocne. Moje ulubione to Gueuze ? lekko przypominające cidre lub Reedsa, Pozostałych osiemnastu jeszcze nie spróbowałam, jestem tu dopiero trzeci dzień. Na piwo wybieram się na Stary Rynek, po południu. Jest to urocze miejsce, same knajpki w gotyckich kamieniczkach z tabliczkami destrukcji 1914 i rekonstrukcji 1920-22.
Wydział Nauk Społecznych mieści się w nowoczesnym budynku, 100 m od mojego akademika. Pani profesor, która mnie zaprosiła, jest energiczną, pogodną, życzliwą Flamandką, lat ok. 55. Jest radną w Leuven i chętnie opowiada o sprawach miasta. Zajmuje się naukami politycznymi, specjalizuje się w krajach pokomunistycznych, czyli m. in. w nas. Miło się z nią rozmawia, choć nie jest antropologiem. Biblioteka wydziału nauk społecznych jest duża, nowoczesna, ciekawa, ale dopiero się w niej zanurzam.
Nie mieszkam w Groot Begijnhof! Po to, by mieszkać w eremach beginek, stanowiących osobne "miasto" małych, XVII-XVIII-wiecznych domków z czerwonej cegły (nie odbudowywanych!), potrzebne by było całe moje stypendium. Nic z tego! Mieszkam w akademiku, który przy pierwszym kontakcie mnie nie zachwycił. Przypomina dom studencki na Kickiego w Warszawie, który odwiedzałam 20 lat temu i szpital, w którym byłam w lipcu, przy czym szpital zaskoczył mnie miło, a to miejsce nie. Teraz już się przyzwyczaiłam do depresyjnego, pustego korytarza, pokoju z szarym linoleum na podłodze, ale z wygodnym łóżkiem, dużym biurkiem, fotelem, szafą w ścianie i umywalką z zimną (!) wodą. Na końcu korytarza jest prysznic, a na drugim kuchnia ? miejsce integracyjne. Zintegrowałam się nieco z Hindusami, którzy gotują bardzo kolorowe, znośnie pachnące dania, gorzej jest z czarnymi mieszkańcami mojego piętra, którzy gotują potrawy tak ŚMIERDZĄCE, że nie sposób wytrzymać w kuchni. Ogólnie towarzystwo jest interkontynentalne, co najlepiej widać w klubie "Pangea", na dole, gdzie do 22.00 piją tanie piwo, śpiewają, gadają i grają w ping-ponga wszystkie nacje świata.
Słoneczne, ciepłe dni, co podobno jest rzadkością w Belgii o tej porze roku. Zajrzałam do muzeum miejskiego, mieszczącego się w bardzo proporcjonalnym, późnobarokowym domu mera miasta. Dotychczas myślałam, że najgorzej przygotowane jest muzeum etnologiczne w Kopenhadze, a tu zaskoczenie. W Leuven nie ma w ogóle żadnych opisów eksponatów! Podobno jest książeczka z informacjami, ale po flamandzku. W wersji anglojęzycznej jest skrócona ? opisany jest jeden, maximum dwa obrazy z całej sali, najczęściej bez nazwiska autora i daty wykonania! Dalej więcej niespodzianek. W błękitnej sali stoją w szklanej gablocie średniowieczne, drewniane figurki Madonn, przypominających tę z Krużlowej. Tylko że jest ich ze dwadzieścia ustawionych w grupie, bez jednego podpisu! Za nimi szeregi św. Krzysztofów, potem św. Antonich i św. Grzegorzy stojących jak chińska armia z terakoty (wys. ok. 50 cm). Ciekawostką jest, że zamiast Chrystusa Frasobliwego tutaj (w Brabancji) króluje Chrystus Na Zimnym Kamieniu. Przedstawienie ma swe źródło w popularnej tu legendzie, jakoby Chrystusa ubiczowanego, w cierniowej koronie, czekającego na przyniesienie krzyża posadzono na zimnym kamieniu.

(?)

 

Anna Malewska-Szałygin
Wyświetlony 4071 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.