wtorek, 21 grudzień 2010 12:27

O czym mówią hasła wyborcze?

Napisane przez

Rzecz o kampanii wyborczej 2000 r. na Podhalu

Najważniejszą z konsekwencji zmiany ustrojowej 1989 r. jest możliwość powszechnego współdecydowania o kształcie sceny politycznej. O wolne wybory walczyła solidarnościowa opozycja, wiążąc z nimi ogromne nadzieje. Potraktowanie obywateli jako dostatecznie odpowiedzialnych i kompetentnych, by decydować o własnych sprawach, jest fundamentem demokracji. Jednakże wszyscy teoretycy demokracji podkreślali, że jej rzeczywiste zaistnienie wymaga spełnienia kilku warunków.

Podstawowym jest społeczne przygotowanie do uczestnictwa w życiu publicznym. Społeczeństwo przygotowane to społeczeństwo obywatelskie - zainteresowane sprawami publicznymi, aktywne, zaangażowane, gromadzące się w różnorakich stowarzyszeniach, biorące udział w debacie publicznej, wydające niezależną prasę komentującą wydarzenia. Obywatel to ktoś, kto ma wolę działania dla wspólnego dobra i wiedzę konieczną do współdecydowania. Przyglądając się ożywieniu życia publicznego, jakie zawsze poprzedza wybory, warto zadać sobie pytanie: w jakim stopniu Polacy są przygotowani do wyboru swoich przedstawicieli?
Jeżeli zrezygnujemy z szerokiej skali zawartej w określeniu "Polacy", odpowiedzi na postawione wyżej pytanie dostarczają wyniki badań prowadzonych przez Katedrę Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego w czasie wyborów prezydenckich w 2000 r, w kilku wsiach powiatu nowotarskiego. Badania dotyczyły "ludowej" (a właściwie wioskowej) wiedzy o polityce. Prowadzone były typową dla badań etnograficznych metodą polegającą na długich wyczerpujących rozmowach z mieszkańcami wybranych wsi. Takich rozmów przeprowadzono około czterysta. Wyniki badań skłaniają do sceptycznej odpowiedzi na pytanie o przygotowanie do świadomego aktu wyborczego.
 
Zawiedzione nadzieje
 
Pierwszym spostrzeżeniem badacza inicjującego dialog jest powszechne deklarowanie braku zainteresowania życiem politycznym w kraju. Początek każdej rozmowy był podobny: Na co ta polityka?! Ja się muszę biedzić, żeby jakoś wyżyć. Ja się tam polityką nie zajmuję, bo nic mi z tego! Mnie za to nikt nie zapłaci! No to po co?! Te pełne goryczy stwierdzenia mają wiele źródeł. Najważniejszym z nich są zawiedzione nadzieje. Gdy Górale narzekali na władze PRL-u, wierzyli, że możliwa jest zmiana na lepsze. Doświadczenia pierwszej dekady przekonały ich, że możliwa jest zmiana tylko na gorsze: kombinat obuwniczy "Podhale" dający zatrudnienie około 7 tysiącom ludzi został rozwiązany, z rolnictwa nie sposób się utrzymać, pozostają wyjazdy do "Hameryki" lub do Niemiec i turystyka.
Innym powodem utraty nadziei na zmianę jest zupełny brak zaufania do polityków. Powszechne jest przekonanie, że są to ludzie nieuczciwi, traktujący działalność polityczną jako formę bogacenia się, a przy tym oszuści, którzy nie dotrzymują obietnic. Tak postrzegając swoich przedstawicieli, nasi rozmówcy mają poczucie braku jakiegokolwiek wpływu na sprawy polityczne. Tę postawę umacnia dodatkowo przekonanie, że polityka przynależy do sfery niedostępnej dla "szarego człowieka", odległej, a z racji niemoralności polityków - "nieczystej". Obywatelowi objawia swoją "moc" poprzez coraz to nowe zarządzenia i przepisy, zwykle dla niego niekorzystne. W efekcie można na władzę ponarzekać, ale nie można nic zmienić. (Naszkicowany tutaj wizerunek władzy nie ukształtował się oczywiście w ostatniej dekadzie, stoi za nim wiele doświadczeń historycznych).
Warto zauważyć, że deklarowany brak zainteresowania życiem publicznym dotyczy przede wszystkim oficjalnych debat politycznych jakie toczą się w mediach . Nasi rozmówcy nie rozumieją ich. Nie kupują gazet, wyłączają telewizor, gdy zaczyna się program publicystyczny. A przecież to nieprawda, że nie "politykują". Robią to, ale inaczej. Ich dyskusje zogniskowane są wokół pojęcia "władza", które wprowadza rozmówcę w zupełnie odmienną rzeczywistość, dosyć tajemniczą, która ma swoje zwyczaje i kaprysy. Im niższe wykształcenie tym bardziej "mityczna" wizja władzy. Niektórzy ludzie ze średnim lub wyższym wykształceniem oraz niektórzy mężczyźni po siedemdziesiątce (4 klasy przedwojennej szkoły powszechnej) deklarowali zainteresowanie życiem politycznym, oglądali publicystykę telewizyjną i czasem czytali komentarze prasowe. Jednak na tle około czterystu naszych rozmówców należeli do wyjątków.
 
Ludzie obok polityki
 
Większość ludzi, z którymi rozmawialiśmy znajdowała się obok oficjalnego dyskursu politycznego, a ich przygotowanie do dokonania świadomego wyboru wydawało nam się słabe. Widać to wyraźnie w odpowiedziach jakie padały po pytaniu: czym się Pan kieruje wybierając kandydata na prezydenta?
Na pierwszym miejscu wymieniane są wyniki sondaży. Głosuje się na tych, którzy mają szansę - są wysoko notowani w rankingach przedwyborczych. Na kandydatów spoza czołówki nie ma sensu głosować. Nie jest więc prawdą, że rankingi nie wpływają na decyzje wyborców.
Innym ważnym motywem jest kontynuacja władzy. Kandydat, który już był prezydentem, już się czegoś nauczył i zapewne będzie lepszy od tego, który stawia pierwsze kroki. W przypadku parlamentarzystów pojawia się także argument, że były poseł już się nachapał i będzie mniej łasy na publiczne pieniądze.
Kolejnym często pojawiającym się argumentem jest stwierdzenie: bo ja go znam, które dotyczy popularności polityka. Człowiek często pokazywany w telewizji staje się popularny i wówczas głosuje się na jego znajomą twarz.
Warto też przyjrzeć się odpowiedziom na pytanie: czemu Pan na tego kandydata nie głosował? Bardzo źle reagowano na wszelkie próby dyskredytowania przeciwników. Pomimo przekonania o nieuczciwości polityków i niemoralności polityki nasi rozmówcy kategorycznie wymagali od aktorów życia publicznego ogłady i kultury osobistej. Bardzo żywy jest wzór polityka - dyplomaty, który nawet najbardziej drażliwe sprawy potrafi załatwić w białych rękawiczkach. Dlatego wszelkie zacietrzewienie, obelgi i złośliwości były oceniane jak najgorzej. Najlepszym przykładem może być tzw. incydent kaliski. Górale, z którymi rozmawialiśmy, w ogromnej większości uważali, że nagłośnienie tego zdarzenia jest oburzające. Ludzie, którzy tę sprawę ujawnili, pokazując ją w telewizji, obrażają Ojca Świętego i narażają dobre imię Polski. Obwiniano o to sztab wyborczy Mariana Krzaklewskiego. Sam czyn nie wydawał się karygodny, żarty po wypiciu czegoś mocniejszego należą do przewin mniejszych, natomiast sfilmowanie i upowszechnienie tej chwili słabości było uważane za całkowity brak taktu i kultury politycznej.
Wśród ludzi, z którymi rozmawialiśmy, zaledwie kilka osób miało wyższe wykształcenie. Tylko oni (i też nie wszyscy) byli w stanie porównywać programy wyborcze. Pozostali zapytani o program preferowanego przez nich kandydata utożsamiali go z obietnicami przedwyborczymi i traktowali lekceważąco, jako zbiór pustych słów, które kandydat "zwyczajowo" musi powiedzieć wyborcom. Poważne rozważanie tych słów uważali za skrajną naiwność. Nie zamierzali ich zgłębiać także dlatego, że uważali je w większości za niezrozumiałe. Należały do obcego dla nich języka pojęć abstrakcyjnych, którym nie posługują się na co dzień. Do pewnego stopnia ta niezrozumiałość mieściła się w akceptowanej przez nich konwencji "rytualnych" przemówień, które kandydat na ważne stanowisko powinien wygłaszać.
Po co wybory?
W tej sytuacji można postawić pytanie, czy kampania wyborcza jest w ogóle potrzebna? Zasadnicza większość naszych rozmówców uważała, że nie. Kampania wyborcza to marnowanie pieniędzy podatnika. W czasach, gdy tak ciężko żyje się ludziom, wyrzucanie pieniędzy na przedwyborcze fanaberie oceniali jako niemoralne. Niektórzy mówili, że oszczędna kampania robi na nich lepsze wrażenie niż rozrzutna. Było jednak kilka osób, które uważały, że bez kampanii wyborczej nie wiedziałyby na kogo głosować. Zasadniczo kampania uważana jest za czas obietnic bez pokrycia, kosztowny obrządek, którego trzeba dopełnić, kiedy się żyje w państwie demokratycznym.
Obserwując kampanię wyborczą 2000 r. we wsiach powiatu Nowy Targ, można stwierdzić, że na wieś docierała ona w nikłym stopniu. Kilka obwieszczeń i plakatów zwisających z drzew przy drodze. Więcej plakatów widać było w samym
Nowym Targu. Pytaliśmy mieszkańców o znaczenie haseł na plakatach. Przykłady pokazują, jak bardzo hasła wymyślane przez specjalistów są niezrozumiałe dla ludzi słabiej wykształconych, którzy przecież stanowią przytłaczającą większość wyborców:
- Jak Pan rozumie hasło "Dom wszystkich Polska"? Czy to jest dobre hasło? - Hm... trochę, trochę anty..., przeciw... - Przeciw czemu? - Nie wiem, tak antysemityzmem trochę... Anty... tak jakby mniejszości, no nie wiem... mniejszości narodowe mogłyby się poczuć dotknięte tym hasłem, obrażone chyba...
- Jak Pan rozumie hasło "Każda rodzina na swoim"? - Hm... nie za wiele mówi, myślę, że taki zwykły obywatel nie za bardzo wie, o co chodzi, ja przynajmniej. "Każda rodzina na swoim" hm...? Można się domyślać, że każda rodzina ma swój dom czy w swoim domu - no nie wiem....
- "Dom wszystkich Polska?" - jak to rozumieć? - No, że to jest dom, ale nie wiem, o który ten dom chodzi... Czy o ten w Warszawie, gdzie prezydent mieszka, czy... Jaki to jest ten dom wszystkich Polaków?
- O co chodzi w haśle "Dom wszystkich Polska"? - Dom wszystkich Polaków chyba, ja wiem? To chyba wszyscy by się trzymali kupy, ja wiem? Bo to chyba nie o mieszkania chodzi w tym haśle, nie? Raczej o to, żeby się kupy trzymać, no nie wiem...
 - "Każda rodzina na swoim" - co to znaczy? - Nie wiem, takie dość niejasne...
 - Jak Pan rozumie takie hasło "Dom wszystkich Polska"? - Ja to rozumiem tak, że to czy spółdzielcze czy nie spółdzielcze to powinni poobniżać koszta albo coś zrobić...
Niedomówienia, wypowiedzi "na skróty", długie hm..., odpowiedzi pytaniami pokazują, jaką trudność sprawiało naszym rozmówcom wysłowienie przesłania haseł. Ludzie słabiej wykształceni posługują się zwykle konkretami, przykładami ilustrującymi jakąś ideę. Omijają w ten sposób pojęcia abstrakcyjne, obce ich naturalnej formie przekazywania myśli. Hasło zbudowane ze słów pozornie najprostszych odwołuje się do przesłania, które nie jest jasne dla odbiorcy. Zapewne przesłanie to należało wyrazić inaczej, być może bez pomocy słów, przywołując obraz, który by odbiorcy kojarzył się z tą ideą. Bez względu na to, czy zdecydowano by się na słowa, czy na obrazy powinny one być dobrane w oparciu o wiedzę o tym, jakie konotacje przypisują im rolnicy, robotnicy - ludzie z niższym wykształceniem. Podejrzewam jednak, że twórcy haseł wyborczych nie zagłębiali się trudno dostępne obszary "ludowej" wiedzy o polityce i stąd nieporozumienia, jakich przykładem mogą być przytoczone fragmenty rozmów.
 
Dwa języki polskie
 
Konkluzja z naszych badań jest taka: dyskursy oficjalny i potoczny mijają się, toczą się na innych płaszczyznach, zarówno języka, jak i wyobrażeń o rzeczywistości. Inaczej mówimy o polityce, używamy innych słów, inaczej myślimy o niej, inne kategorie porządkują nasze myślenie. Ogromna część elektoratu pozostaje poza publiczną debatą, bo nie posługuje się językiem, którym jest ona prowadzona. W tej sytuacji badania dotyczące potocznego dyskursu, "ludowej" wiedzy o polityce wydają się nieodzowne.
Anna Malewska-Szałygin
 
Jest to kolejny tekst będący podsumowaniem badań prowadzonych w latach 1999 i 2000 w ramach projektu "Etnopolitologia - rozmowy z Góralami o polityce" we wsiach powiatu Nowy Targ przez badaczy z Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego
Wyświetlony 11694 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.