piątek, 26 luty 2010 20:08

Monitorowanie na śniadanie

Napisał
W listopadzie ubiegłego roku zamieściłem w ?Opcji na prawo? felieton zatytułowany "Postępowa wolność słowa", w którym, na przykładzie ataku na wybitnego biologa Jamesa Watsona, pokazywałem, jak w dzisiejszych czasach ograniczana jest wolność słowa pod pretekstem walki z rasizmem, dyskryminacją, szowinizmem i innymi przypadłościami.

Napisałem wówczas, że prawo do wolności wypowiedzi, które rzekomo znajduje się w katalogu praw podstawowych jednostki, bardzo często jest łamane, trudno jednak podać racjonalne kryteria granic wolności wypowiedzi, gdyż oparte są one na kilku zabobonach konstruowanych przez politycznych cwaniaków i powtarzanych przez małpujących ich politycznych oraz zupełnie pospolitych idiotów. Tych ostatnich nietrudno wyuczyć myślenia magicznego, wpajając im warunkowy odruch reagowania na pewne wypowiedzi z wdziękiem syreny strażackiej, która mechanicznie obwieszcza: Faszyzm! Rasizm! Szowinizm!
Kilka dni temu natknąłem się na przygotowany na zamówienie MSWiA raport zatytułowany Monitorowanie treści rasistowskich, ksenofobicznych i antysemickich w polskiej prasie autorstwa Aleksandry Gliszczyńskiej, Katarzyny Sękowskie-Kozłowskiej oraz Romana Wieruszewskiego, opracowany przy Poznańskim Centrum Praw Człowieka Instytutu Nauk Prawnych PAN. Otóż w tym dziwacznym dokumencie znalazłem doskonałe potwierdzenie tego, że tezy zawarte w moim artykule są prawdziwe, albowiem sam ów artykuł uznany został za przykład tekstu zawierającego wspomniane treści, czyli takiego, którego publikacja powinna zostać oficjalnie zabroniona. Co prawda, jeszcze nie teraz, albowiem to, co napisałem na razie nie podpada pod żaden paragraf, ale autorzy, którzy najprawdopodobniej liczą, że po reanimowaniu w Polsce cenzury zajmą w niej kierownicze stanowiska, domagają się takich zmian prawnych, dzięki którym będzie można nie tylko zakazywać publikacji tekstów, które z jakichś powodów im się nie spodobają, ale również dotkliwie karać popełniających je zbrodniarzy.
Ktoś mógłby pomyśleć, że to żart albo opłacona przeze mnie kryptoreklama. Mój artykuł traktuje bowiem o odradzającym się totalitaryzmie, którego przejawem jest dążenie do kontrolowania i ograniczania swobody wypowiedzi uzasadniane koniecznością walki z rozmaitymi ?-izmami?, co do złudzenia przypomina czasy komunizmu, kiedy tropiono wszędzie imperializmy, rewizjonizmy i inne zjawiska, zależnie od tego, co aktualnie nakazała Partia. Podanie tego właśnie artykułu, jako jednego z przykładów w tekście będącym bezpośrednim wyrazem owego totalitaryzmu, może wynikać albo z głupoty, albo z wyrachowania. Cóż bowiem bardziej może uprawomocnić i uprawdopodobnić sformułowane przeze mnie tezy, niż takie właśnie działanie? Pisząc ten felieton, nie mógłbym wyobrazić sobie doskonalszej sytuacji, która jednoznacznie potwierdzałaby, że mam rację.
Żeby było jeszcze zabawniej, autorzy doszukują się w moim tekście... antysemityzmu. To tak, jakbym w czasach PRL-u napisał artykuł o tym, że w Polsce ograniczana jest wolność słowa, a następnie został oskarżony o wypowiedzi antysocjalistyczne. Całe uzasadnienie jest na tyle kuriozalne, że trudno uwierzyć, iż przygotowała to placówka uchodząca za naukową, a nie grupa kawalarzy w rodzaju Monty Pythona: Artykuł zawiera aluzje o charakterze antysemickim sformułowane m.in. w wypowiedzi ?W trosce o nasze dobro i prawidłowy rozwój miłosiernie nami zarządzający mędrcy ustalili, że pewne wypowiedzi będą tabu. Znaczy to, że będą traktowane jako nieczyste, niekoszerne, a ich autorzy będą w rytualny sposób potępiani, mniej więcej tak, jak zaleca Księga powtórzonego prawa (?)?, a także w ironicznym stwierdzeniu, iż ?(?) dziś zaś (?) dokonano kamienowania werbalnego i nierozsądny polityk, który przekroczył święty krąg, został zakwalifikowany jako climate change denier, od czego gorsze jest już tylko bycie holocaust denier?.
Przyznam, że dłuższą chwilę musiałem zastanawiać się nad tym, jakimi drogami podążała myśl autorów, że udało im się znaleźć w moim tekście aluzje o charakterze antysemickim. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że mamy tu do czynienia po prostu ze swobodną grą skojarzeń. Podejrzewam, że ideologiczną czujność autorów obudziły słowa ?mędrzec? (kojarzy się z ?mędrcami Syjonu?), ?koszerny? (kojarzy się z pewnymi praktykami judaizmu), ?Księga powtórzonego prawa? (kojarzy się ze Starym Testamentem, który jest historią narodu wybranego czyli Żydów), ?kamienowanie? (bo to rodzaj kary stosowany przez Żydów) oraz ?holocaust denier?, gdyż kojarzy się z negowaniem niemieckiego ludobójstwa na Żydach w czasie II wojny światowej. No tak, ale czy pojawienie się tego rodzaju słów w tekście na zupełnie inny temat może prowadzić do wniosku, że chodzi tu o aluzje o treści antysemickiej?
Aluzję definiuje się zwykle jako nawiązanie do czegoś bądź kogoś; przywołanie nie wprost danej sprawy, z reguły łatwe do rozszyfrowania przez odbiorcę wypowiedzi. Wynika z tego, że odpowiedzialność za to, jakie wdanym tekście wytropi się aluzje, ponosi zarówno autor, jak i czytelnik, który, jeśli np. podświadomie jest nadmiernie skupiony na jakimś temacie, może dostrzec coś, o czym autor nawet nie pomyślał. Jest to zresztą bardzo nowoczesne, a nawet, powiedziałbym, ponowoczesne działanie, zgodne z tym, co głosił filozof Derrida, twierdzący, iż przy interpretacji tekstu intencje autora nie są szczególnie istotne. Jeśli to jednak czytelnik ma decydować o tym, z czym ?obiektywnie? miałby się kojarzyć tekst, trzeba by zastanowić się nad tym, co kieruje myślą czytelnika. W omawianym wypadku zachodzi uzasadnione podejrzenie, że jest ona ograniczona na tyle, iż wychodząc od dowolnej przesłanki, poprzez luźne sploty skojarzeń dojdzie zawsze do tego samego wniosku.
Aby to zobrazować, przywołam znaną anegdotkę o skojarzeniach przedstawioną przez Marka Hłaskę w Pięknych dwudziestoletnich:
Szkoła. Nauczyciel bada stopień inteligencji swych uczniów. Wyjmuje z kieszeni białą chusteczkę.
Nauczyciel: ? Kowalski ? z czym ci się ta chusteczka kojarzy?
Kowalski: ? Z dymem ognisk i mgłami.
Nauczyciel: ? Dlaczego?
Kowalski ? Bo jesienią mam zawsze katar a mgła i dymy z pastuszych ognisk widzimy najczęściej jesienią.
Nauczyciel: ? Doskonale, Kowalski. Masz przed sobą przyszłość. Siadaj (do następnego) Rappaport. Z czym ci się ta chusteczka kojarzy?
Rappaport: ? Z wakacjami.
Nauczyciel: ? Dlaczego?
Rappaport: ? Bo kiedy wyjeżdżam na obóz młodzieży katolickiej, to mama zawsze stoi na peronie i powiewa mi chusteczką.
Nauczyciel: ? Doskonale, Rappaport. Masz przed sobą przyszłość, (do następnego) Sierzputowski ? z czym ci się ta chusteczka kojarzy?
Z ostatniej ławki podnosi się ponury olbrzym. Pryszczaty. Widać, że mimo najszczerszych wysiłków woli nie udaje mu się przerobić jednej klasy w terminie krótszym jak trzy lata. Kamera najeżdża na twarz Sierzputowskiego. Zbliżenie. Widać olbrzymi wysiłek rysujący się na twarzy nieszczęsnego olbrzyma.
Sierzputowski: (bełkoce ku ogólnemu zadowoleniu) ? Z dupą, panie profesorze.
Nauczyciel: Z dupą? Chusteczka? Dlaczego?
Sierzputowski (zwycięsko) ? Bo mnie się wszystko z dupą kojarzy.
Aby zakończyć już grę w aluzje, powiem tylko, że porównuję tu autorów wspomnianego raportu do owego nieszczęśnika, któremu wszystko kojarzy się z pewną niezbędną częścią ciała. Ponieważ wykluczam żart z ich strony, nie widzę innego wytłumaczenia dla doszukiwanie się w moim tekście aluzji o charakterze antysemickim, jak tylko fiksację na pewnym wąskim temacie, objaw zresztą typowy dla mechanizmów zaawansowanego zespołu uzależnienia. Sierzputowskiemu wszystko kojarzyło się z dupą, alkoholikowi Hłasce z wódką, a autorom monitoringu prasy z antysemityzmem bądź ksenofobią. Z tego trzeba się leczyć.
Dodam tylko ? aby ułatwić przygotowanie przyszłorocznego raportu ? że w cytacie z Hłaski występuje typowo żydowskie nazwisko ?Rappaport?, jednak noszący je uczeń mówi o wyjeździe na obóz młodzieży katolickiej (co może sugerować np. przymusową apostazję). Poza tym opis samego Sierzputowskiego można podciągnąć pod kategorię mowy nienawiści, zawiera bowiem elementy kpiny z niepełnosprawności umysłowej.
Muszę jeszcze z zadowoleniem dodać, że oprócz tezy o totalitarnych skłonnościach bojowników o tolerancję, których bezpośrednim wyrazem są właśnie tego rodzaju monitoringi, potwierdzona została w pełni inna opinia zawarta w moim artykule, dotycząca braku jasnych kryteriów, pozwalających określać, w którym momencie człowiek popełnia za pomocą swoich słów zbrodnię. Pisałem tam, że: pewnych zdań, niezależnie od tego, czy są stwierdzeniami faktów czy też wprost wyrażonymi ocenami, czy mają charakter ogólny, czy szczegółowy, czy wypowiadane są w języku potocznym, czy z użyciem naukowej aparatury pojęciowej, po prostu wypowiadać nie wolno. Nie istnieje żaden racjonalny i spójny zestaw kryteriów, pozwalający jednoznacznie ustalić, jakie to mogłyby być zdania. Po prostu istnieje obszar tabu, tajemniczy, wyznaczany za pomocą niejasnych procedur, którego naruszenie prowadzi do rytualnego potępienia. Możemy mieć tylko ogólne intuicje dotyczące tego, co wolno, a co nie. Wniosek był taki, że mamy tu do czynienia z myśleniem typowo magicznym w formie bliskiej temu, co reprezentują prymitywne plemiona wysp południowego Pacyfiku.
Otóż cały ów raport dzieli się na ?Część metodologiczną? oraz ?Raport cząstkowy?. O ile ten ostatni sporządzany jest przy zastosowaniu omówionych wyżej procedur badawczych, które można by określić mianem ?metody Sierzputowskiego, o tyle pierwszą część można określić jako prolegomena do owej metody. Innymi słowy, znajdujemy tam pobieżny przegląd cytatów, na podstawie których badacze kształtowali swoje warunkowe odruchy skojarzeniowe. Gdyby miała to być parodia tekstu naukowego, można by się nawet pośmiać, jeśli jednak jest to odzwierciedlenie poziomu świadomości metodologicznej panującego wśród niektórych przedstawicieli nauk społecznych, można tylko złapać się za głowę.
Jako osoba w miarę kompetentna w tej dziedzinie, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że cała ta ?Część metodologiczna? z metodologią we właściwym rozumieniu tego słowa nie ma nic wspólnego. Pełno tam błędów logicznych i rzeczowych, ekwiwokacji, pleonazmów itp., a rzekome ?definicje? są tak mętne i szerokie, że przy ich użyciu można by jako rasistowską, ksenofobiczną i antysemicką zakwalifikować całą naszą literaturę piękną, z Mickiewiczem, Prusem i Gombrowiczem na czele. Fakt, że autorzy powtarzają rozmaite idiotyzmy za jakimiś międzynarodowymi instytucjami też świadczy o nich jak najgorzej, akurat bowiem w Polsce tradycje metodologiczne są bardzo silne i ktoś, kto w najmniejszym choćby stopniu otarł się o prace Ajdukiewicza czy Kotarbińskiego, z miejsca pojąłby, że ma do czynienia z kompletnym bełkotem. Jeśli autorzy bezkrytycznie akceptują jako definicje ogólnikowe i niejasne opinie czerpane ? co sami przyznają ? z tekstów publicystycznych, nie spełniające przy tym żadnych, nawet minimalnych kryteriów metodologicznej poprawności, świadczy to jedynie o ich głębokiej ignorancji oraz o tym, że rzetelność badań nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia, a wszystko zmierza do uzasadnienia z góry przyjętych konkluzji. Ale w sumie trudno wymagać zbyt wiele od kogoś, kogo ambicje naukowe kończą się na byciu cenzorem bliźnich.
Inna sprawa to fakt, że dobór tytułów jest całkowicie tendencyjny, gdyż autorzy nie wzięli pod uwagę w ogóle pism lewicowych czy lewackich, w których wprost naruszane jest prawo, promują one bowiem np. komunizm, który podpada pod definicję totalitaryzmu. Fakt, że autorzy w ogóle nie sięgnęli do takich pism, również całkowicie dezawuuje ich pozorowaną na naukową pracę. Ale ? znów ? czegóż innego spodziewać się po kimś, komu tęskno do urzędu cenzora, aniżeli prototalitarnych sympatii. To, że totalniacy występują dziś pod szyldem walki z ksenofobią, też nie jest niczym zaskakującym. Ostatecznie sowiecka Rosja zawsze walczyła raz to o pokój, innym razem z uciskiem, a jeszcze innym razem z faszyzmem.
Mógłbym zakończyć mój komentarz w tonie pesymistycznym, zadając (chyba już retoryczne) pytanie, jak to możliwe, żeby tego rodzaju kuriozum, z jednej strony, przygotowała placówka uchodząca za naukową, z drugiej zaś zamówiło i sfinansowało poważne ministerstwo. Mógłbym ponarzekać na to, że pieniądze podatników marnowane są na produkcję tego rodzaju intelektualnej grafomanii, że próbuje się przywracać totalitarne instytucje kontroli prasy przez państwo, że naukowcy, zamiast bronić wolności wypowiedzi zaczynają pełnić rolę cenzorów itd. Mam jednak świadomość, że to, co się stało, jest jedynie namiastką tego, co, biorąc pod uwagę elementarną wiedzę historyczną, mogłoby się stać kiedyś, bądź co, puszczając wodze fantazji, może się stać w przyszłości. Aby wyjaśnić, bez zbędnych aluzji, o co mi chodzi, przywołam jeszcze jedną anegdotę, tym razem o dobroci Lenina. W jednej z wielu wersji, brzmi ona tak:
Słoneczny letni poranek. Lenin goli się brzytwą przed lustrem na ganku swojego domu, a na zewnątrz dokazuje gromadka dzieci. W pewnym momencie mały chłopiec podbiega do Lenina i wesoło woła: ?Lenin, daj cukierka!?. Na to Lenin jak się nie zamachnie i nie huknie malca w ucho, że aż zadudniło. I dalej spokojnie się goli. Malec odchodzi, trzymając się za opuchniętą głowę i myśli sobie: ?Jaki dobry ten Lenin. Miał przecież w ręku brzytwę i mógł mnie tą brzytwą przejechać po gardle, a tylko w ucho dał?.
I stąd właśnie wynika mój optymizm: przecież mogli brzytwą. Znaczy to, że nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby być, gdyby np. autorzy owego projektu znaleźli upragnione posady w głównym urzędzie cenzorskim, reaktywowanym, oczywiście, w celu ochrony wolności i walki z dyskryminacją. Podejrzewam, że wtedy konsekwencje byłyby poważniejsze i każdy z kilkudziesięciu wymienionych w raporcie autorów mógłby przez resztę życia pisać sobie do szuflady takie dzienniki, jakie prowadził po 1968 r. Stefan Kisielewski. Skoro więc na razie mogę napisać ten komentarz, opublikować go w prasie bądź zamieścić w Internecie, narażając się co najwyżej na to, że w kolejnym reporcie znajdę się znów np. z powodu nieszczęsnego Rappaporta, to znaczy, że nasza wolność nie weszła jeszcze na ów wyższy poziom, na którym wszyscy śpiewają tę samą piosenkę i każdy pilnie zwraca uwagę na to, czy jego bliźni czasem nie fałszuje. Co prawda, akolici totalitaryzmu są wśród nas, uprawiając parodię nauki sponsorowaną przez państwo z naszych podatków, ale, jak na razie, dają nam jeszcze trochę pożyć. Nie ma więc jeszcze powodu rozdzierać szat i lamentować ? można wciąż sobie pozwolić na zjadliwą ironię i cynizm. Jednak warto pamiętać o znanej regule Parkinsona: jeśli może być gorzej ? będzie.
Damian Leszczyński

Aleksandra Gliszczyńska, Katarzyna Sękowska-Kozłowska, Roman Wieruszewski, Monitorowanie treści rasistowskich, ksenofobicznych i antysemickich w polskiej prasie. Raport przygotowany na zlecenie MSWiA. Poznańskie Centrum Praw Człowieka Instytutu Nauk Prawnych PAN, Poznań 2007.

http://www.mswia.gov.pl/download.php?s=1&id=4589
 
Wyświetlony 2422 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.